Od symbolizującego kryzys upadku banku Lehman Brothers fundusze inwestujące w akcje nie mogą wrócić do łask polskich inwestorów. Wpłaty klientów płyną głównie do funduszy dłużnych. Niekiedy są one w stanie wypracować nawet kilkanaście procent rocznego zysku. Tak agresywnym strategiom nie obce są jednak lata zakończone na równie wyraźnym minusie. Tymczasem fundusze dłużne przez wielu inwestorów utożsamiane są z niewielkim, ale jednak w miarę pewnym zyskiem. Postanowiliśmy przejrzeć je pod tym kątem. Naszej analizie poddaliśmy 104 fundusze zaliczane do kategorii pieniężnych i obligacji. Ten podział stosowany przez same TFI jest dość sztuczny. Fundusze z obu kategorii inwestują bowiem w papiery dłużne. Nie interesowało nas, czy fundusz kupuje obligacje skarbowe, czy korporacyjne, bo jedne i drugie są instrumentami dłużnymi. Szukaliśmy za to funduszy rok w rok przynoszących zysk klientom.



Zysk rozumiany nie tylko jako wartość nominalna, ale również wartość wyższa od inflacji w danym roku. By nasza analiza była miarodajna, uznaliśmy, że fundusz musiał przynosić zysk przez ostatnie 10 lat kalendarzowych. To dość mocno przetrzebiło stawkę. Dwie trzecie badanych funduszy nie ma po prostu tak długiej historii. W grupie, która przeszła próg dziesięcioletniej historii, znalazło się sześć funduszy, które rok w rok wypracowywały nominalny zysk, i to na dodatek wyższy od inflacji. Nasza metodologia powoduje, że fundusz, który zamykał konkretne lata ze stratą, przez całą dekadę mógł zarobić dla klientów więcej niż te, które nigdy straty nie odnotowały. Wyszliśmy jednak z założenia, że klienci funduszy dłużnych szukają tak samo zysku, jak bezpieczeństwa.
Szóstka na szóstkę
Aż trzy z sześciu funduszy, które w latach 2008-17 zawsze zarabiały dla klientów, prowadzi PKO TFI. Nie jest to jednak wyłącznie zasługa zespołu zarządzających największego detalicznego TFI, ale raczej ostatniego przejęcia KBC TFI. Dwa z tych trzech funduszy trafiły bowiem do PKO TFI dopiero w 2018 r. To fundusze Gamma i Gamma Pieniężny (nie mylić z Gamma Portfel Pieniężny). Pierwszy jest przy tym produktem wyłącznie dla zamożnych inwestorów. Osoba prawna może zostać jego klientem, wpłacając 25 tys. zł, ale od osoby fizycznej wymagana jest już równowartość 40 tys. EUR. Gamma Pieniężny to już typowy fundusz detaliczny.
Samo PKO TFI wśród sześciu funduszy, które nigdy nie tracą, wyhodowało PKO Skarbowy. Pozostałe trzy fundusze, które przez ostatnie 10 lat zawsze zarabiały dla klientów, są produktami trzech różnych TFI. Te fundusze to Superfund Płynnościowy (minimalna wpłata dla osoby fizycznej 40 tys. EUR), Unikorona Pieniężny i Allianz Lokacyjny. Superfund Płynnościowy jest przy tym funduszem, który w latach 2008-17 zarobił łącznie najwięcej z całej szóstki — niemal 60 proc.
Euroland załatwił sprawę
Z naszej analizy wynika, że poza PKO TFI żadna inna bankowa firma zarządzająca aktywami nie ma funduszu, który przez ostatnią dekadę zawsze zarabiał dla klientów. Jest to ciekawe ze względu na rosnącą niechęć banków do sprzedaży funduszy pochodzących z TFI, z którymi nie są powiązane kapitałowo. Zdarzało się, że na takim stanie rzeczy zaważył wynik dosłownie jednego roku z dziesięciu analizowanych. Wynik 2008 r. był np. niekorzystny dla Millennium Depozytowego i Pekao Pieniężnego. Oba nie zdołały wtedy pokonać inflacji, która wynosiła 4,2 proc. Poziom inflacji generalnie mocno wpływał na to, że kolejne fundusze traciły szansę na miano produktu, który zawsze zarabia dla klientów. Tylko wyniki roku 2011 przetrzebiły stawkę o 13 funduszy. Inflacja wyniosła wtedy 4,3 proc., podczas gdy rok wcześniej była o 1,7 pkt. proc. niższa, a rok później niższa o 0,6 pkt. proc. Takie jednoroczne wahnięcie ewidentnie zaskoczyło wielu zarządzających.
— W 2011 r. z pełną siłą wybuchł kryzys zadłużenia rządowego w strefie euro. Wzrost rentowności obligacji krajów peryferyjnych był odzwierciedleniem obaw inwestorów o trwałość kluczowej dla Unii Europejskiej strefy euro. Rentowności dziesięcioletnich papierów włoskich przekroczyły 7 proc., zaś greckie zbliżyły się do 35 proc. Tak zmiennie otoczenie zewnętrzne nie pozostało bez wpływu na polski rynek i sposób zarządzania funduszami, który musiał być bardziej defensywny. W związku z potrzebami płynnościowymi banków i ich dużą ekspozycją na obligacje zmiennokuponowe mocno przeceniły się właśnie obligacje o zmiennym oprocentowaniu — wspomina Dariusz Lasek, członek zarządu Skarbiec TFI odpowiadający za fundusze dłużne, a w 2011 r. zarządzający jednym z sześciu najlepszych funduszy.
Dariusz Lasek tłumaczy, że przecena obligacji o zmiennym oprocentowaniu była konsekwencją wzrostu kosztów zabezpieczenia się przed bankructwem Polski jako emitenta. Koszt 5-letnich CDS-ów skoczył ze 150 pkt. bazowych na początku roku do 280 pod jego koniec.
— Obligacja WZ0121, wyemitowana w marcu 2010 r. z ceną 97,37, na koniec grudnia 2011 r. kwotowana była po 96,4. To notabene małe memento dla inwestorów, którzy uważają, że papiery zmiennokuponowe chronią przed wzrostem inflacji. W 2011 r. znacznie lepiej wyszło się na inwestycjach w papiery stałokuponowe — przypomina Dariusz Lasek.
Rok 2011 nie był łatwy nawet dla najlepszej szóstki funduszy. Żaden z sześciu funduszy nie potrafił się w nim wykazać taką stopą zwrotu, która po uwzględnieniu podatku od zysków kapitałowych pozwoliłaby klientom zarobić netto więcej, niż wyniosła inflacja. Pięć z sześciu najlepszych funduszy taki sam problem miało w 2008 r. Wyjątkiem był fundusz Gamma, któremu w ostatniej dekadzie sztuka ta nie udała się tylko w 2011 r. Ciekawostką jest jednak również to, że dla niemałej grupy zarządzających problemem okazała się deflacja z lat 2015-16. Mimo że indeks cen był na minusie, fundusze nie wyszły nawet na zero, mimo posiadania w portfelach papierów dłużnych, których emitenci płacą przecież odsetki. Z funduszy o długiej historii na którymś z deflacyjnych lat poślizgnęło się siedem funduszy. Większość straciła więcej, niż wyniósł spadek indeksu cen.
Artur Ratyński, od 2012 r. zarządzający funduszem Gamma, dopatruje się w tym niekonsekwencji w zaangażowaniu w obligacje zmiennokuponowe.
— Notowania tych instrumentów zazwyczaj nie podlegają dużym wahaniom, jednak lata 2015-16 dostarczyły wyjątkowo dużo emocji, jak na tak — wydawałoby się — nudny instrument. W kwietniu 2015 r. łagodny trend wzrostowy załamał się i cena WZ0124 spadła do października o 1,85 proc. Przez kolejne dwa miesiące, do grudnia 2015 r., spadek wyniósł kolejne 1,7 proc. Następnie do sierpnia 2016 r. papiery sukcesywnie odzyskiwały wartość, by ponownie gwałtownie spaść do grudnia 2016 r. o ponad 2 proc. Po osiągnięciu historycznego minimum w ciągu kolejnych 12 miesięcy cena obligacji wzrosła o około 4,5 proc. Warto odnotować, że ostatni ruch wzrostowy odbył się praktycznie bez większych korekt. Jak widać, nerwy zarządzających były w tym okresie poddane wielkiej próbie — wspomina Artur Ratyński.
Jego zdaniem, osiągnięcie przez ceny znacznego odchylenia od wartości średnich powinno skutkować zwiększeniem intensywności zakupów mocno przecenionych obligacji.
— Jednak moje zawodowe doświadczenie pokazuje, że w takich krytycznych momentach, gdy ceny osiągają naprawdę bardzo atrakcyjne poziomy, u wielu inwestorów pojawia się skłonność do porzucenia strategii długoterminowej i sprzedaży papierów po zaniżonych cenach, w nadziei na odkupienie ich jeszcze taniej. Przeprowadzenie takiego manewru jest niezwykle trudne z punktu widzenia psychiki zarządzającego i w większości przypadków kończy się niepowodzeniem — podsumowuje Artur Ratyński.
104 Tyle funduszy wzięliśmy pod lupę. Dwie trzecie odpadło w przedbiegach, bo miało zbyt krótką historię wyników.