Rada Polityki Pieniężnej — jak sama nazwa wskazuje — ma swoją politykę. Można się spierać, czy jest ona właściwa. Ważne, by prowadziła Polskę w dobrym kierunku. Ważne także, by w połączeniu z polityką rządu, nasz kraj stwarzał takie ramy funkcjonowania przedsiębiorstw i obywateli, by żyło nam się coraz lepiej, czyli dostatniej.
Tymczasem politycy spod różnych barw zwykli obrzucać RPP błotem. Ich zdaniem, rada działa i decyduje w oderwaniu od rzeczywistości, dusi gospodarkę, nie myśli o firmach, tylko o jakiejś wirtualnej inflacji. Może i część tych zarzutów jest uzasadniona. Problem w tym, że o ile rada jest idealnym chłopcem do bicia, o tyle to nie ona dyktuje warunki. Tak naprawdę zdrowy popyt jest pochodną polityki gospodarczej, która zależy i od RPP, i od rządu.
Problem także w tym, że polityka gospodarcza ma tylko ideowy wpływ na wzrost popytu. Przypominam, że mamy system rynkowy, a to oznacza, że ceny kredytu ustalają banki w swoim majestacie. RPP może więc sobie obniżać stopy, a popytu konsumpcyjnego jak nie było, tak nie ma. I jakoś żadnego z polityków nie zastanawia, dlaczego największy bank, którego nikt nie ma odwagi sprywatyzować, bo odprowadza do budżetu spore zyski, stosuje najwyższe w cywilizowanym świecie marże odsetkowe. Konkurencja na rynku bankowym — podobno zdominowanym przez zagraniczny kapitał — jest prawie żadna. Banki to w końcu firmy, a nie dobroczyńcy. Wolą pożyczać pieniądze na wysoki procent rządowi, a nie niepewnym obywatelom.
W zabawie w dobrobyt wszyscy popełnili błędy lub grali nie fair. I RPP, i rząd, i banki. Przypominanie w tym miejscu, kto za to wszystko płaci, wydaje się co najmniej niestosowne.