Sztuka stawania na rzęsach

718 powodów, by chcieć go mieć. I 911, by go znienawidzić. Porsche Cayman to pojazd, który budzi najbardziej ambiwalentne uczucia.

autoportret

Fascynacja to świetna rzecz. Potrafi dać chwilę szczęścia i motywować do działania. Tak bardzo nie chcesz zawieść obiektu swojej fascynacji, że na rzęsach stajesz, by do tego nie doszło. Obiekt fascynacji staje się życiowym priorytetem, południkiem i determinantą poczynań. Zaczynasz, często podświadomie, ustawiać swoje życie, karierę i działania pod ten jeden cel: obiekt fascynacji.

Zgoda — takie postępowanie może cię zepchnąć na margines. Możesz się wpakować do rowu na odludziu bez szans na holownik. Możesz zostać w tym rowie sam jak palec z „powypadkowym” bólem, długami i poczuciem bezsensu. Ale choć ten twój obiekt fascynacji rdzewieje, choć kosztuje coraz więcej, a koledzy wymyślają ci od naiwniaków, to ty gdzieś tam w środku jesteś dumny i może nawet spełniony. Bo choć przez chwilę był twój. Ten obiekt fascynacji.

Wyścig lanserów

Obiektem fascynacji może być ona albo on. Może też nim być przedmiot — często lśniący, warczący i drogi. Tak jest w moim przypadku. Nie ona, nie on. Ono. Porsche. Tak, wiem, to banał. Ale i szczera prawda. Odkąd biegałem do podstawówki z kluczem na szyi, a nad biurkiem wisiał plakat z „dziewięćsetjedenastką”, fascynacja trwa. Niespecjalnie potrafię to wytłumaczyć, ale jeśli auto sportowe — to tylko Porsche.

Być może odkąd zamiast odrabiać lekcje, wlepiałem rozmarzony wzrok w ten kultowy model, nasiąkłem nim tak jak anarchiści utopią. I być może nie ma w tym sensu. Ale ja naprawdę chcę do Porsche. Nie kiedyś, nie jutro. Teraz! Natychmiast. I tak od kilkudziesięciu lat… Powiadam wam, męczące.

A jeszcze bardziej męczące jest to, że nie dałem rady. Może uwielbiałem za mało, może to wcale nie jest fascynacja. Fakty są takie, że siedzę w kawiarni i przez okno obserwuję tych, których determinacja, talent czy cokolwiek innego sprawiło, iż przekuli fascynację w swoje własne 911. Ja przekułem jedynie w dużą americanę z cukrem.

Oni stali na rzęsach, ja nawet na rękach nie potrafiłem. Frustrujące. Nowa 911 jest dziś dla mnie tak samo „w zasięgu”, jak wtedy, gdy miętoląc kredki bambino, wgapiałem się w jej kształty z plakatu. Znaczy niedostępna. A ten dumny siwiejący pan, który właśnie — nieco pokracznie — wysiadł z sinoszarej 911 Turbo S, nie miętolił kredek. Kasę robił. Tak patrząc, nieco zazdrośnie, dochodzę do wniosku, że Porsche to jedna z najbardziej magicznych marek. Rozejrzyjcie się, kto najczęściej prowadzi 911? Tak! Siwiejący gość. Idę o zakład, że — być może jak ja — zawiesił sobie nad biurkiem plakat.

A że siwy? Cóż, nauka stania na rzęsach trochę czasu zajmuje. Ale Porsche się zmieniło. To dziś bardziej odczucie i skojarzenia niż doświadczenie i adrenalina. Widać to np. na warszawskim placu Trzech Krzyży. Niegdysiejsze hasło Porsche: „Racing. Not Posing” (w wolnym tłumaczeniu: „Ściganie. Nie lanserka”) nieco skapcaniało. I — przynajmniej na tym placu — można je stosować odwrotnie. Bo tutaj ci zapaleni sportowcy tylko prężą muskuły. Rzadko ich używają.

Jej wzrok

Lubię w samochodach szczerość. W prowadzeniu i klimacie. I emocje. Dziś auta — a Porsche w szczególności — już nie tyle służą do zabawy, ile do podkreślania przynależności do jakiejś grupy społecznej.

A taka ich cecha ma konsekwencje. Mieć ten samochód, nie oznacza już: „Kocham się ścigać”, ale może oznaczać: „Nie cierpię go, ale wypada mi go mieć”. Coś jak: „Patrzcie, mam 911 i nie zawaham się go użyć!”. Pewnie gdybym miał lub przynajmniej mógł je mieć, robiłbym to samo. Ale 911 jest dla mnie tak samo dostępna, jak powiedzmy modelka dla podpitego wujaszka z wesela. Wujaszek może być w niej zakochany. A ona? Jeśli spojrzy, to pewnie z pytaniem: „A co ty tu robisz, dziadu?”. No i 911 tak na mnie patrzy.

Jak kobieta torpeda na kłopotliwego wujaszka. Progi, choć tuż nad asfaltem, nadal są za wysoko. A na naukę stawania na rzęsach za późno. To teraz wyobraźcie sobie, że ta modelka jednak spojrzała! Nie mrożącym spojrzeniem, lecz ciepłym i zachęcającym. Potem przyciągnęła wujaszka i wyszeptała do ucha kilka słów: że też jej się podoba i że go chce! I nagle ten niedostępny i nierealny świat stał się dla niego namacalny. I wiecie co? Porsche mi tak wyszeptało. — Marcinie! — powiedział 718 Cayman.

Krótka drabinka

Ostatnia modernizacja spowodowała, że Cayman stał się najtańszym modelem Porsche. Już nie miliona potrzebuję, nawet nie połowy miliona. Potrzebuję połowy tej połowy. Za mniej więcej 250 tys. zł mogę mieć nowe sportowe, ostre i dzikie Porsche! I choć wszystkiego jest w nim „mniej” i wizerunkiem nie dorównuje kultowej „911”, to szepcze do mnie! Złośliwi powiedzą: „Hej! Zbyt krótka drabinka, by dosięgnąć 911, więc się podniecasz 718”. I będą mieli rację.

Szczerze wątpię, by ktoś, kto może mieć 911, wybierał 718. Wybierają je tacy jak ja. 911 jest poza zasięgiem, a lekiem na frustrację wynikającą z tej odległości ma być 718. I jest. Oto ja, męczący wujek z wesela, mogę oprowadzać się z modelką. Mogę się kąpać w rasowym sportowym DNA Porsche.

Bo 718 ma wszystko to co 911. Różni je tylko poziom prestiżu. Tak mniej więcej o 500 tys. zł. Jazda! Zgodnie z założeniami Cayman miał być w ofercie Porsche łącznikiem między pełnokrwistym 911 i Boxsterem. Ten podział zaczął się później zacierać, ale jeszcze do niedawna był utrzymywany.

Zarówno Cayman, jak i Boxster były właściwie identyczne, ale ten pierwszy zawsze miał o 10 KM więcej i był szybszy od 0 do 100 km/h o 0,1 s. Wyceniono go również nieco drożej (na 258 tys. zł, czyli o 7 tys. zł więcej niż Boxstera). Wraz z modernizacją sporo się jednak zmieniło. Porsche uznało, że oba auta to tak naprawdę ten sam model tylko w różnych wersjach nadwoziowych.

Tak powstało 718, dostępne jako coupe (Cayman) i kabriolet (Boxster). A ponieważ zawsze auto z zamkniętym nadwoziem jest tańsze niż z otwartym, dokonała się mała roszada w cenniku. Teraz najtańszym Porsche jest właśnie Cayman, wyceniony na 224 510 zł. Skąd tak znacząca obniżka w porównaniu z wersją sprzed modernizacji? Otóż niemiecki producent postanowił podążyć drogą downsize’ingu i oferuje modele 718 wyłącznie z silnikami czterocylindrowymi. Profanacja?

Ambiwalentne zakończenie

Na pierwszy rzut oka wszystko jest z korzyścią dla klienta — za mniejszą kwotę otrzymuje auto z mocniejszym silnikiem (300 KM zamiast 275 KM oraz 380 Nm zamiast 290 Nm), który zapewnia zauważalnie lepsze osiągi (sprint do 100 km/h skrócił się z 5,7 s do 5,1 s, a prędkość maksymalna wynosi teraz 275 km/h zamiast 266 km/h).

Tyle teorii. Jak wygląda praktyka? Po pierwszym kontakcie o odnowionym Caymanie można mówić w samych superlatywach. Ale kończy mi się miejsce, więc będzie tak: Macie rację, 718 to nie 911 i to jest dla mnie mocny cios.

Po kilku dniach pławienia się w „dostępnym” Porsche zacząłem chcieć więcej. Nie osiągów, nie lepszego prowadzenia. Lansu, prestiżu i kultu zamkniętego w pudełku z numerem 911. Nie dlatego, że jest lepsze, szybsze czy mocniejsze. Dlatego, że jest droższe. I to jest moja osobista porażka.

718 ma to, co w samochodach uwielbiam najbardziej, a ja chcę tego, czego w nich nie lubię. Lanserki, puszenia ogona i dumy posiadania. Kocham 718 za to, jakie jest, ale nienawidzę za to, jakie nie jest. Czy czterdziestoparoletni gość może jeszcze próbować sztuki stania na rzęsach? &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Sztuka stawania na rzęsach