Sztuka współczesna jest jeszcze niedroga
Wernisaż wystawy obrazów Dariusza Milińskiego, który odbył się w krakowskiej galerii Szalom, był okazją nie tylko do obejrzenia prac artysty, ale też do próby podsumowania rynku współczesnych dzieł sztuki. Głównym czynnikiem, który hamuje jego rozwój, jest brak promocji artystów.
Dariusz Miliński tworzy od 1980 r. Uczestniczył w ponad 60 wystawach w kraju, a także w Europie i USA, gdzie zdobył wiele nagród.
— Namalowałem już ponad 2 tys. obrazów, ale tylko część tego dorobku uprawnia mnie do nazywania siebie artystą malarzem — żartuje Dariusz Miliński.
Właścicielami działającej od 1994 r. galerii Szalom, której patronuje Urząd Miasta Krakowa, są Aneta i Karol Kuberscy.
— Planujemy dalszy rozwój galerii. Chcielibyśmy, żeby miasto przeznaczyło na ten obiekt jeszcze około 200 mkw. piwnic, które moglibyśmy zagospodarować. Być może powstanie małe muzeum poświęcone Piotrowi Skrzyneckiemu, który mieszkał w kamienicy nad galerią. Prowadzimy rozmowy z potencjalnymi inwestorami — mówi Karol Kuberski.
Ponadto w Szalom swoją siedzibę znalazłoby Stowarzyszenie Młoda Scena Krakowska, w którym zrzeszeni są młodzi artyści, głównie aktorzy i kompozytorzy.
Wernisaże, jak przyznaje Karol Kuberski, są jednym z podstawowych sposobów promowania sztuki współczesnej, która nie ma jeszcze najlepiej rozwiniętego rynku.
— Współczesne dzieła są bezpieczniejsze od antykwarycznych. Przeważnie żyją ich autorzy, dzięki czemu można zweryfikować ich autentyczność. Można też próbować prognozować, jakie nadzieje dany artysta rokuje na przyszłość. Niestety, w Polsce nie ma rynku sztuki z prawdziwego zdarzenia. Odczuwalny jest brak klasy średniej, która stanowiłaby siłę napędową handlu dziełami — tłumaczy współwłaściciel galerii Szalom.
Przyznaje, że aktualnie zainteresowani sztuką są przeważnie biznesmeni, którzy nabywane dzieła traktują jako element wyposażenia swoich gabinetów. Zdarza się jednak, że i oni nie potrafią dokonać wyboru.
— Nie każdy musi znać się na sztuce, od tego są marszandzi. To oni powinni promować poszczególne nazwiska. W ten sposób mogą pomóc rozwijać rynek, który nie jest jeszcze ograniczony barierą cenową. Dobre grafiki można nabyć już za 300 zł. Cena za obraz lub rzeźbę przekraczająca 5 tys. zł świadczy o uznaniu artysty — przyznaje Karol Kuberski.
Mirosław Cichy
[email protected] tel. (32) 781-07-44
Aneta Królak
[email protected] tel. (22) 611-62-70
Nie tylko obrazy: Dariusz Miliński ma za sobą ponad 30 lat pracy artystycznej. Nie tylko maluje, czego przykładem jest siedem łyżek zrobionych latem 2000 r. Były one już prezentowane na wystawach w kraju. Będą też pokazane za granicą.
fot. AW
Po fachu: Jan Kanty Pawluśkiewicz, krakowski kompozytor i ...malarz, podczas wernisażu podziwiał twórczość Dariusza Milińskiego. fot. AW
Biznes i sztuka: Waldemar Tevnell, prezes Bonnier Business (Polska), wydawcy „Pulsu Biznesu”, zapowiedział rozpoczęcie współpracy z galerią Szalom (po lewej Karol Kuberski, współwłaściciel) przy tworzeniu stron poświęconych sztuce i biznesowi. fot. AW
Okiem znawcy
pieniĄdze i nowe pomysŁy napĘdzĄ rynek sztuki
Sztuka współczesna i jej rynek w Polsce stoją w obliczu zmian. By się rozwijać, potrzebuje nie tylko inwencji artystów (tej nigdy nie brakowało), ale także większych pieniędzy. Zdobycie ich to zadanie dla marszandów. Dotychczas powszechnie stosowane metody handlowe i promocyjne na pewno nie wystarczą — potrzeba nowego stylu.
To, że sztuka współczesna jest w Polsce stosunkowo tania, jest rzeczą wiadomą. Ceny płócien najbardziej znanych twórców w zasadzie nie przekraczają poziomu 10 tys. dolarów (wyjątkowo więcej). Ujawnił się natomiast dodatkowy czynnik, to znaczy osłabienie tempa rozwoju gospodarki, które powstrzymuje od zakupów klientów indywidualnych oraz korporacyjnych. Niektórzy marszandzi zanotowali znaczny spadek obrotów.
Czas jednak działa na korzyść sztuki współczesnej. Grupa zainteresowanych nowych klientów, indywidualnych i zbiorowych, rośnie szybciej niż zmniejsza się w wyniku recesji. Nawet, jeśli zainteresowani wstrzymują się z decyzjami o zakupach, czekając na lepsze czasy, bariera psychologiczna jest już przełamana. A w tej branży lojalność klientów jest duża — kto raz stał się miłośnikiem sztuki współczesnej, zawsze nim będzie.
Zahamowanie gospodarcze pełni rolę higieniczną. Nie chodzi nawet o to, że część marszandów może zbankrutować, bo to zdarza się i podczas koniunktury, ale o mobilizującą rolę trudności. Model galerii, w której siedzi smutny sprzedawca i czeka na klientów, to przeżytek. Polska jest pełna potencjalnych nabywców, ale trzeba ich aktywnie zdobywać. Potrzebna jest edukacja grup docelowych (których przedstawiciele najczęściej nie mieli do czynienia ze sztuką), po drugie inicjatywa w docieraniu do nich, a po trzecie elastyczność w formułowaniu oferty. Towar, jakim jest sztuka, z punktu widzenia nabywcy nie jest niczym wyjątkowym: to taki sam produkt jak każdy inny.
Nowa grupa klientów, która wykluwa się na naszych oczach, jest przyzwyczajona do konkretnego stylu uprawiania biznesu, odmiennego od reprezentowanego przez większość galerii. Do dziś wielu marszandów uważa, że największą wartość przedstawia obiekt artystyczny sam w sobie, a obowiązkiem nabywcy jest znać się na sztuce.
To poważny błąd — świadomy klient wie, że ma tylko i wyłącznie prawa. W szczególności prawo do pełnej i zrozumiałej informacji na temat towaru, jaki nabywa. Musi wiedzieć wszystko o dziele i jego twórcy, a także pojąć, dlaczego dana rzecz jest wartościowa.
Nie znaczy to, że tradycyjne formy handlu sztuką muszą zniknąć. Zawsze pozostanie miejsce dla cichych galeryjek nastawionych na klasycznych kolekcjonerów i turystów.
W najbliższych latach podmioty obecne na rynku sztuki staną się bardziej różnorodne. Nabywcy dzieł też znajdą dla nich nowe zastosowania. Śmielej więc zaczynają działać wolni strzelcy, których rolą jest kojarzenie popytu kreowanego przez korporacje z podażą oferowaną przez galerie i artystów.
Z uwagi na pojawienie się nowych klientów powstają też firmy marszandzkie działające na odmiennych zasadach. Część z nich to zupełnie nowe inicjatywy, a część — tworzą „starzy” marszandzi, dostosowujący się do zmian. Działają w stylu korporacyjnym, mają swoje działy marketingu, budują pozycję w Internecie, oferują nie tylko dzieła, ale też liczne usługi z nimi związane. Mówią językiem biznesu. W nich należy upatrywać szansy na rozprzestrzenianie mody na sztukę współczesną i przyciągnięcie sporych pieniędzy. A wtedy pożywi się każdy uczestnik rynku.
Marek Wróbel