Szykany albo wszystko w porządku

Stanisław Gasinowicz
opublikowano: 2005-03-11 00:00

Do redakcji „Pulsu Biznesu” nadszedł list od Stanisława Gasinowicza — kontrowersyjnego przedsiębiorcy, który był bohaterem tekstu Dawida Tokarza „Gracz” („PB” z 27 sierpnia 2004 r.). W piśmie znalazły się poważne zarzuty pod adresem organów ścigania. Jego treść przesłaliśmy do prokuratur łódzkiej i łomżyńskiej. Dziś publikujemy go wraz z odpowiedziami.

„Puls Biznesu”, Warszawa

Pisząc ten list, nie kieruję się wyłącznie osobistymi przesłankami. Pragnę przede wszystkim naświetlić kilka spraw, które rzucają cień na działanie organów państwa, odpowiedzialnych za przestrzeganie prawa w naszym kraju. Ich nadrzędnym celem, czy wręcz obowiązkiem, powinno być stanie na straży praworządności, ale również, a może przede wszystkim, ochrona interesów obywateli w taki sposób, aby szanowano ich podstawowe prawa obywatelskie i konstytucyjne. Moje doświadczenia nie potwierdzają tej tezy. List ten powinien być jednocześnie ostrzeżeniem dla osób prowadzących interesy, które mogą znaleźć się w sytuacji podobnej do mojej.

Wobec mnie postawionych jest kilka zarzutów, skala zarzucanych mi czynów nie uzasadnia jednak w żadnym stopniu ani obecności w sprawie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ani wyjątkowo restrykcyjnych środków zastosowanych wobec mnie i mojej rodziny przez organy aparatu sprawiedliwości. Akcje skierowane przeciwko mojej osobie, zarówno przez ABW, jak też prokuraturę, wskazują na otoczenie mnie „specjalną troską” z ich strony.

Przykładem drastycznych i restrykcyjnych działań było zatrzymanie mnie i mojej żony przez funkcjonariuszy ABW pod koniec ubiegłego roku w Krakowie. Pretekstem do zatrzymania było postawienie absurdalnych zarzutów wyłudzeń dopłat do kredytów preferencyjnych w związku z prowadzonym od 1996 roku rodzinnym gospodarstwem rolnym. Prokuratura nie zadała sobie trudu, aby ustalić, że wspomniane gospodarstwo jest prowadzone i zarządzane przez mojego brata, a nie przeze mnie. Podważono przy tym istnienie samego gospodarstwa rolnego. Zakwestionowano też zakup maszyn wartych setki tysięcy złotych. Na wszystkie transakcje są dokumenty, dowody zakupów. Kredyty zostały wykorzystane na konkretne cele i spłacone w całości w terminie. Te oczywiste fakty można było w łatwy i szybki sposób potwierdzić. Pod warunkiem wykazania choć odrobiny dobrej woli... Zatrzymanie zostało uchylone po tym, jak prokuratura łomżyńska zastosowała drastycznie wysokie poręczenie majątkowe sięgające kilkuset tysięcy złotych. Żonie odebrano paszport. Zostaliśmy potraktowani jak pospolici bandyci. Wożono nas po całej Polsce. Z Krakowa do Białegostoku, a potem do Łomży, wywierając przy tym naciski i posługując się szantażem psychicznym. Odniosłem wówczas wrażenie, że to domniemanie winy, a nie niewinności poskutkowało zastosowaniem wobec mnie i mojej rodziny tak drastycznej sankcji.

Efektem zatrzymania było ukazanie się w prasie szeregu nieprawdziwych publikacji dezinformujących opinię publiczną i przedstawiających mnie w bardzo niekorzystnym świetle. Źródłem informacji, a w zasadzie dezinformacji była łomżyńska prokuratura.

Zaniepokojony działaniami prokuratury, wykorzystałem przysługujące mi uprawnienia i zwróciłem się, w ostatnich dniach grudnia 2004 r., do Zastępcy Prokuratora Generalnego o spowodowanie kontroli czynności śledczych ze szczególnym uwzględnieniem okoliczności pozbawienia mnie wolności i postawienia mi nie zweryfikowanych materiałem dowodowym zarzutów oraz o prześledzenie zasadności i prawidłowości informacji ukazujących się w mediach na podstawie wypowiedzi Prokuratora Okręgowego w Łomży, który, w moim głębokim przekonaniu, narusza moje dobra osobiste i przekracza uprawnienia, ujawniając nieprawdziwe i nie zweryfikowane okoliczności ze śledztwa. Poprosiłem również o objęcie nadzorem Prokuratora Generalnego śledztwa toczącego się w mojej sprawie. Niestety, wystosowane oficjalne pismo, pozostało bez odpowiedzi, choć ustawowy termin jej udzielenia minął.

Prokuratura łomżyńska, w mojej ocenie, nie dołożyła należytej staranności w zbieraniu materiałów. Gdyby tak było, wówczas prawdopodobnie nie postawiono by mi żadnych zarzutów. Potwierdzają to również m.in. ekspertyzy prawne sporządzone przez niekwestionowane autorytety z dziedziny prawa karnego, gospodarczego oraz prawa handlowego.

Nie uchylam się przed odpowiedzialnością. Swoją niewinność udowodnię w trakcie wszczętych wobec mnie postępowań. Mam jednak wrażenie, że organy państwa za wszelką cenę chcą zrobić ze mnie przestępcę, posługując się przy tym środkami nieadekwatnymi do zarzucanych mi czynów.

Podobnie było w sprawie prowadzonego postępowania dotyczącego mojego rzekomego nakłaniania do operacji finansowych i karalnej niegospodarności, co miało doprowadzić do narażenia na straty spółki notowane na GPW, m.in. Szeptel i Wólczankę. Zarzuty oparto na zeznaniach biznesowych „nieudaczników”, którzy odpowiedzialność za swoje błędy próbują przerzucić na inne osoby. Na uwagę zwraca to, że w czasie objętym zarzutami byłem mniejszościowym akcjonariuszem firm. Nie zasiadałem ani w ich zarządach, ani w radach nadzorczych. Mówienie o „moich ludziach” w kontekście tej sprawy jest spekulacją i nadużyciem. Na podstawie mglistych zeznań i równie mglistych zarzutów w tych sprawach doszło do zatrzymania mnie w roku 2003. I tym razem prokurator nie zdecydował przedłużyć zatrzymania, które w efekcie uchylono. Widocznie zorientowano się, że ograniczenie wolności jest środkiem niewspółmiernie drastycznym do zarzucanych mi czynów. Po co jednak zdecydowano się na ten krok? Dlaczego i kto zdecydował o zatrzymaniu mnie w związku z tymi sprawami? Dlaczego uruchomiono ABW? Może dlatego, że nadepnąłem na odcisk grupie biznesowej powiązanej z giełdą i światem polityki?

Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego moja osoba jest otoczona „specjalną opieką” ze strony urzędników, dlaczego szuka się ciągle haków na mnie?

Mogę tylko domniemywać, że jeszcze jednym z powodów wydatnej nadgorliwości przedstawicieli aparatu sprawiedliwości może być chęć zrobienia jak najszybszej kariery, nie przebierając przy tym w środkach. Karierę taką najłatwiej zrobić „na plecach” osoby znanej. Ja — człowiek związany z warszawską giełdą od początku jej istnienia — niestety taką osobą jestem, i za to przyszło mi zapłacić.

Mam nieodparte wrażenie, że wyrok w moich sprawach, w pewnym sensie, zapadł wcześniej. Tak jak zapadł bez orzeczenia winy m.in. w przypadku byłego prezesa Optimusa czy byłego prezesa PKN Orlen oraz wielu biznesmenów w tym kraju, których jedyną winą było to, że stanęli komuś na drodze, znaleźli się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie lub po prostu mieli wątpliwą przyjemność zderzenia się z chorobliwymi ambicjami niekompetentnych urzędników, na swój sposób interpretujących obowiązujące w Polsce prawo.

Prowadzone przeze mnie interesy obarczone są dużym ryzykiem biznesowym. To ryzyko wpisane jest więc w tego rodzaju działalność. Ryzyko to nie odbiło się, na szczęście, na moich zobowiązaniach w stosunku do urzędów skarbowych czy instytucji finansowych, takich jak np. banki. Jak oficjalnie twierdzą ich przedstawiciele, pozostaję nadal bardzo dobrym klientem. Niestety, prowadzona w stosunku do mojej osoby nagonka spowodowała, że nieoficjalnie daje mi się do zrozumienia, że mogę mieć problemy z uzyskaniem kredytów na prowadzenie działalności biznesowej.

Zaznaczam, iż nie jest moją intencją podważanie roli, jaką we współczesnym społeczeństwie powinny pełnić organy powołane do stania na straży prawa. Ich obowiązkiem jest dochodzenie prawdy. Przeciwstawiam się natomiast i stanowczo protestuję przeciwko metodom działania stosowanym przez prokuratury oraz włączaniu w sprawy dotyczące prywatnego kapitału ABW.

W środowisku, w którym się obracam, niezwykle ważne jest zaufanie i zachowanie dobrego imienia. Podkreślam, że w toku prowadzonych postępowań udowodnię swoją niewinność. Szkoda, że wcześniej zaufanie do mojej osoby zostało niepotrzebnie nadszarpnięte, a moje dobre imię narażono na szwank. O przywrócenie dobrego imienia będę walczył wszystkimi dostępnymi prawem środkami.

Warszawa, 8 lutego 2004 r.

Stanisław Gasinowicz