Szykuje się płacowa gorączka

Jacek Kowalczyk, Agnieszka Berger
19-04-2011, 00:00

Pensje w firmach pogrążyły się w stagnacji. To tylko cisza przed burzą — ostrzegają eksperci.

Protesty związkowców i rosnąca inflacja mogą zmusić pracodawców do kapitulacji

Pensje w firmach pogrążyły się w stagnacji. To tylko cisza przed burzą — ostrzegają eksperci.

W gospodarce rodzi się podatny grunt dla silnego wzrostu wynagrodzeń. Związki zawodowe przed wyborami zaostrzają żądania płacowe (czytaj tekst obok), a przeciętny Kowalski coraz wyraźniej widzi drożejącą żywność i coraz częściej słyszy w mediach o "drożyźnie". Ekonomiści ostrzegają, że może to doprowadzić gospodarkę do poważnych kłopotów.

Powtórka z historii

Zagrożenie presją płacowo-cenową polscy przedsiębiorcy dobrze znają. Podobne otoczenie — nasilona aktywność związków i rosnąca inflacja — spowodowało w 2008 r., że pensje rosły w kilkunastoprocentowym tempie, a koszty pracy stały się jedną z najczęściej wskazywanych przez przedsiębiorców barier rozwoju. Bank centralny, żeby studzić emocje, musiał podnieść stopy procentowe do najwyższych poziomów od kilku lat.

— To był trudny czas. W 2008 r. pracownicy wynegocjowali dwie podwyżki, łącznie o kilkanaście procent — mówi Przemysław Jastrzębski, prezes Viki Family, Gazeli Biznesu produkującej opakowania.

Na razie do takiej sytuacji daleko — skutki podwyższonej inflacji i związkowej mobilizacji nie odbijają się na wynagrodzeniach. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, pensje w sektorze przedsiębiorstw rosną wolniej niż ceny w sklepach. W marcu przeciętne wynagrodzenie było o 4 proc. wyższe niż przed rokiem, tymczasem inflacja zjadła 4,3 proc. pensji.

— Choć w społeczeństwie nasilają się oczekiwania inflacyjne i presja na podwyżki płac, dynamika wynagrodzeń nadal jest dość niska. To skutek przede wszystkim utrzymującego się bezrobocia — twierdzi Adam Czerniak, ekonomista Invest-Banku.

Bezrobocie nadal nie spadło po okresie kryzysu. Według szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, na koniec marca bez pracy było 13,1 proc. osób aktywnych zawodowo, czyli o 0,2 pkt proc. więcej niż przed rokiem i o 2 pkt proc. więcej niż dwa lata temu.

Idzie przełom

Eksperci są jednak zdania, że przedsiębiorcy długo tej dyscypliny kosztowej nie utrzymają.

— To napięcie musi pęknąć. Niedługo zobaczymy wyraźne przyspieszenie wzrostu płac — mówi Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.

W gospodarce mija zwykle kilka miesięcy, zanim wzrost cen przełoży się na wzrost płac.

— Dyskusja o inflacji nasiliła się dopiero w ostatnich miesiącach, a pracownicy muszą podjąć decyzję, że zażądają podwyżek, odbyć rozmowę z pracodawcą, a następnie ewentualny wzrost pensji musi wejść formalnie życie. Nic więc dziwnego, że pensje jeszcze nie przyspieszyły — mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego.

Analitycy rynku pracy prognozują, że w najbliższych miesiącach dynamika płac wzrośnie do 6-7 proc.

— To i tak dość ostrożne prognozy. Jeśli inflacja będzie dalej rosła, zobaczymy jeszcze wyższy wzrost płac — zaznacza Piotr Bielski.

Silny wzrost płac sprzed kilku lat wynikał częściowo z wcześniejszej masowej emigracji Polaków na Wyspy Brytyjskie. Teraz możliwy jest podobny impuls, bo w maju rynek pracy otwierają Niemcy i Austriacy.

— Spodziewamy się, że bezrobocie będzie przez to spadać silniej od prognoz, a to oznacza dla firm mocny bodziec na wzrost płac — twierdzi Tomasz Hanczarek, prezes Work Service.

Wielu analityków rynku pracy twierdzi jednak, że impuls ten będzie znacznie słabszy niż ten sprzed kilku lat. Ponadto sytuacja finansowa firm jest dziś gorsza niż wówczas, więc pracownikom może być trudniej przekonać szefa do podwyżki.

— W 2008 r. koniunktura była rozgrzana. Rynek zasysał od razu wszystko, co wyprodukowaliśmy, i pracownicy to widzieli. Dzisiaj, kiedy ceny surowców mocno wzrosły, a konsumpcja nie wróciła ciągle do poziomów sprzed kryzysu, rentowność w firmie spadła o połowę. Pracownicy zdają sobie sprawę, że na takie podwyżki jak trzy lata temu nie ma szans — mówi Przemysław Jastrzębski.

Ponadto sytuacja na rynku pracy nie poprawia się tak szybko, jak prognozowano. Widać to w ostatnich danych o zatrudnieniu. Mimo że w marcu zwykle miejsc pracy przybywa, tym razem w firmach ubyło ich ponad 4 tys.

W roku wyborczym politycy są bardziej skorzy do podwyżek. Lekarstwo? Prywatyzacja

Związki czują wiosnę czy wybory? Eksperci dyskutują. Są zgodni, że najgorzej jest tam, gdzie państwo i monopol.

Żądania związkowców z Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW), którzy w ramach sporu z zarządem i właścicielem wstrzymali wczoraj na dobę wydobycie węgla, to wspólny mianownik dla wzmożonej aktywności związków zawodowych, jaką można zaobserwować w ostatnich tygodniach. W większości objętych konfliktami społecznymi spółek — a spory trwają w wielu, choć nie o wszystkich jest głośno — organizacje związkowe domagają się podwyżek. Tak jest między innymi w Orlenie czy Enei — w obu firmach rozpoczęły się spory zbiorowe dotyczące wzrostu wynagrodzeń. W niektórych, np. SPEC, trwa protest przeciwko prywatyzacji. Związkowcy z JSW postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu — walczą o wyższe o 10 proc. zarobki i sprzeciwiają się posłaniu spółki na warszawską giełdę.

Ekonomiści nie są zgodni, czy wzmożona aktywność związkowców to skutek tego, że duże prywatyzacje zbiegły się w czasie z sezonowymi negocjacjami płacowymi, czy też jest to już początek gry o wybory parlamentarne 2011 r.

— Oczywiście, że to gra obliczona na wybory — nie ma wątpliwości Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha (CAS).

— Skoro mamy rok wyborczy, mamy też podwyższoną aktywność polityków, związkowców — wszystkich, którzy pasożytują na gospodarce — dodaje ekonomista z CAS.

Jego zdaniem, związkowcy liczą, że przed wyborami politycy będą bardziej skłonni do ustępstw.

— Mam nadzieję, że nie będą. Widać, że powtarza się sytuacja z 2006 r. Związki wykorzystują dobrą koniunkturę gospodarczą, żeby wywalczyć wzrost płac — dodaje Robert Gwiazdowski.

Najgorzej w monopolach

Również zdaniem Tadeusza Aziewicza, posła PO i szefa sejmowej komisji, rok wyborczy sprzyja wzmożonej aktywności związkowców.

— Związki zawodowe politykują jak mało kto. Doskonale wiedzą, że nadchodzą wybory. Dlatego liczą na większą wrażliwość rządzących. Mam nadzieję, że się przeliczą, bo takie żądania zaspokajane są kosztem państwa. Drożeją paliwa, żywność, surowce. Wzrost płac będzie kolejnym impulsem inflacyjnym — mówi Tadeusz Aziewicz.

Parlamentarzysta dodaje, że roszczeniową postawę organizacji związkowych najmocniej odczuwają zmonopolizowane gałęzie gospodarki.

— W tych branżach najłatwiej przerzucić koszty podwyżek bezpośrednio na odbiorców. Dobrym przykładem jest energetyka. Załogi spółek tego sektora mają wysokie średnie płace, umowy społeczne i nadal im mało. Silnej konkurencji nie ma też w górnictwie — prawdopodobnie stąd opór związkowców wobec prywatyzacji. Wolą, żeby wszystko zostało po staremu — komentuje poseł.

— Ciekawe, że nierzadko związkowcy walczą o prywatyzację, a nie przeciw niej. Ale tak dzieje się tylko w tych sektorach, które posmakowały kryzysu — zauważa Robert Gwiazdowski.

Najlepiej u prywatnych

Dr Jacek Męcina z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego i ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, nie dostrzega związku między podwyższoną aktywnością związkowców a tegorocznymi wyborami.

— Oczywiście rok wyborczy stwarza takie zagrożenie, ale — moim zdaniem — jest na to jeszcze za wcześnie. Na razie mamy do czynienia z normalną sezonową aktywnością organizacji związkowych. Wiosna to tradycyjny okres negocjacji płacowych. W dodatku ostatnie lata były kryzysowe i związkowcy poskromili nieco apetyty. Teraz odreagowują, choć żądanie 10-procentowej podwyżki to, na tle całej gospodarki, zdecydowana przesada — uważa ekspert Lewiatana.

Jego zdaniem, największe apetyty płacowe mają związkowcy ze spółek kontrolowanych przez państwo. Dlatego prywatyzacja jest najlepszym lekarstwem na takie konflikty.

— Najlepiej jest tam, gdzie jest prywatny właściciel, który wie, na co może sobie pozwolić. A jeśli skarb państwa jest zdecydowany, by zachować kontrolę nad niektórymi spółkami, powinien zadbać o nadzór właścicielski z prawdziwego zdarzenia. Najlepszym rozwiązaniem jest uzależnienie wzrostu płac od podniesienia efektywności. Wtedy podwyżki odbywają się nie kosztem gospodarki czy firmy, lecz z korzyścią dla niej, bo pracownicy partycypują w dodatkowo wypracowanym zysku — dodaje Jacek Męcina.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk, Agnieszka Berger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Szykuje się płacowa gorączka