Tajemniczy brunet z węglowego zaplecza

Maria Trepińska
04-08-2006, 00:00

Twórca grupy kapitałowej Famur Jacek Domogała ma zmysł myśliwego. Bez pudła poluje na firmy zaplecza węglowego.

Trasa wylotowa z Katowic do Wisły. Piotrowice, zielona dzielnica stolicy Śląska. Famur skrył się wśród starych drzew, niektóre z nich pamiętają początki zakładu — rok 1922. Wtedy powstała firma Stephan, Froelich — Kluepfel AG. Produkowała między innymi konstrukcje stalowe dla kopalń i elementy przenośników do węgla. Podczas II wojny światowej dodatkowo wykonywała elementy zbrojeniowe. Potem prywatny zakład przejęło państwo. Od 1965 r. działa pod nazwą Famur. 30 lat później akcje spółki trafiły do Narodowych Funduszy Inwestycyjnych (NFI).

Kiedy w 2002 roku Jacek Domogała, przez swoje firmy zależne, kupił Famur, na Śląsku huczało od plotek. Wielu prorokowało: ma głowę do interesów, ale zakład nabył tylko po to, aby sprzedać grunty, a fabrykę — zamknie.

 

„Proroctwo” się nie sprawdziło. W siedzibie spółki, tuż obok hal fabrycznych, robotnicy kończą kapitalny remont biurowca. Wyczuwa się pośpiech. Spółka zaczyna dziś nowy rozdział swojej historii — wchodzi na giełdę.

Twórcą grupy kapitałowej Famur i jej sternikiem jest Jacek Domogała, rocznik 1952. Absolwent Wydziału Techniki Uniwersytetu Śląskiego. Przewodniczący rady nadzorczej Famuru. Trudno go spotkać na imprezach biznesowych czy politycznych. Nie bryluje w prasie. Unika mediów. Twierdzi, że ma przykre doświadczenia. Na początku lat 90. jego nazwisko pojawiło się w regionalnej gazecie w rankingu najbogatszych Ślązaków. Następnie, niejako z automatu, trafił na listę najbogatszych tygodnika „Wprost”. Potem miał z tego powodu kłopoty. Dlatego długo się zastanawiał, czy spotkać się z „PB”, opowiedzieć o swojej karierze. Nie zgodził się na publikowanie zdjęć swoich ani rodziny. Żartuje, że mogliby się inwestorzy wystraszyć...

Blisko familoków

Zabawna argumentacja, bo mówi to przystojny brunet, ciemna karnacja, ciepły, spokojny głos. Na pierwszy rzut oka przypomina greckiego miliardera Onasisa. Tyle tylko, że Domogała nie żyje i nie chce żyć na pokaz. Uczy się na błędach i doświadczeniach innych. No i pieniądze — jeszcze? — nie te...

Pochodzi ze śląskiej rodziny, z Bogucic, dzielnicy Katowic. Jego dziadek zginął w III powstaniu śląskim. Domogałowie żyli bardzo skromnie. Jacek, gdy skończył 9 lat, dorabiał, roznosząc gazety. Swój nowy pierwszy płaszcz dostał, gdy miał 15 lat, po zdaniu egzaminu do Śląskich Zakładów Naukowych. Jak mówi — uczył się słabo, a rozrabiał dużo, więc w maturalnej klasie wyrzucono go ze szkoły. Maturę zdawał w trybie wieczorowym. W dzień rozwoził furmanką węgiel z kopalni Katowice (poprzednia nazwa Ferdynand) do familoków. Dorastał z trzema braćmi i siostrą — z wykształcenia inżynierem, z wyboru w latach 70. i 80. katechetką. Ożenił się w wieku 25 lat. Ma dwoje dzieci, córkę i syna.

Nigdy nie pracował na państwowej posadzie. Po studiach zastanawiał się, czy zostać w kraju, czy uciekać do Stanów.

— Nie chciałem stracić swojej niezależności — mówi.

Ale jego przyszła żona powiedziała, że nie przyjedzie do niego do USA.

— Odpowiedziałem, że zostanę „prywatną inicjatywą” i musi liczyć się z tym, że mnie mogą zamknąć. Przeanalizowałem i wyszło, że prawie wszyscy znajomi przedsiębiorcy siedzieli — tłumaczy Jacek Domogała.

Biało-czerwone barwy

W 1977 r. założył spółkę z bratem Michałem. Pierwszy, ogrodniczy biznes. Produkowali biało-czerwone goździki i asparagus. Zarabiali po tysiąc dolarów na głowę miesięcznie. Rentowność branży była nieprawdopodobna.

Po stanie wojennym przyszedł czas na rzemiosło — produkcję elementów blacharki do malucha. Towar sprzedawał się na pniu w sieci Polmozbytu w całym kraju. Czasy były ciężkie, bo podatek wynosił 85 proc. Ale biznes się dobrze kręcił. Dawał pracę blisko 100 osobom.

Potem była fabryka butów, którą do dziś prowadzi Michał Domogała. Początek lat 90. to wejście Jacka w branżę spożywczą, m.in. produkcja flaczków.

— Na flaczkach na początku lat 90. mieliśmy rentowność około 30 proc. Miesięcznie zarabialiśmy milion marek niemieckich (około 2 mln zł) — wylicza Jacek Domogała.

Góra pieniędzy

Był już zamożnym człowiekiem, mógł odcinać kupony i korzystać z uroków życia. Ale ciągle rozglądał się za kolejnym interesem.

W latach 1994-95 dzięki swoim firmom zależnym uzyskał blisko trzydziestoprocentowy udział w rynku chłodni. Chciał przejąć Hortex, zostawić sobie tę część działalności, a resztę sprzedać, np. produkcję soków. Ale losy firmy przetwórczej potoczyły się inaczej.

— Wyznawałem zasadę, że na potrzeby domu nie przynosiłem więcej niż trzy średnie pensje, które zarabiali moi koledzy. Nigdy nie pozwalałem wziąć na konsumpcję więcej niż 10 proc. zysku, a potem 5 proc., teraz poniżej 1 proc. Resztę odkładałem na inwestycje — wyjaśnia Domogała.

Przy okazji ujawnia, że jeszcze na początku lat 90. jeździł maluchem.

— Kiedyś kolega przyjechał do mnie mercedesem. Zapytał ironicznie: „Jacuś, jak ci idzie?” Wtedy zarabiałem 10 razy więcej od niego, było mnie stać na mercedesa, ale uważałem, że to głupi luksus. Po latach widzę, że nie miałem racji, bo dorobiłem się skrzywienia kręgosłupa. Wtedy nie rozumiałem, że to nie luksus, ale wygoda — przyznaje Jacek Domogała.

Zgromadził około 18 mln zł na kontach. Rozglądał się po rynku. I trafił. W „Dzienniku Zachodnim” przeczytał informację, że jeden z prominentnych inwestorów branżowych, który przejął zakład tzw. zaplecza węglowego, chce kupić Famur za 30 mln zł od NFI i negocjuje pakiet ze związkami zawodowymi. U Domogały zapaliło się zielone światło.

— Przecież ta osoba znakomicie wie, w co warto inwestować — pomyślałem. Nie muszę rozpoznawać rynku. Nie znając zakładu, nie widząc dokumentów, przebiłem cenę o 3 mln zł. Dwa tygodnie później podpisaliśmy umowę na zakup Famuru od NFI — mówi Jacek Domogała.

Od firmy do grupy

W 2002 r. spółki zależne Jacka Domogały: Lodus, Przedsiębiorstwo Handlu Chemikaliami Chemia Wrocław i Polaris Chłodnie Śląskie, przejęły kontrolę w Famurze. Po dwóch tygodniach od pojawienia się prywatnego inwestora banki wypowiedziały kredyty. ZUS i urząd skarbowy upomnieli się o zaległe płatności. Odcięto prąd. Powód? Bo prywatny mniej wiarygodny niż NFI.

— Przeżywaliśmy trudny okres. Zmieniliśmy zarząd i radę nadzorczą. W końcu 2002 r. nie byliśmy pewni, czy uda się uratować firmę. Na jedną kartę postawiłem dorobek mojego życia. Spotkaliśmy się z 960-osobową załogą. Bez zwolnień grupowych ograniczyliśmy zatrudnienie o 300 osób. W 2003 r. przychody spółki wzrosły o 30 proc. I tak też było w następnych latach — mówi Jacek Domogała.

Po restrukturyzacji Famuru Domogała rozglądał się za kolejnymi firmami z branży węglowej, produkującymi maszyny i urządzenia górnicze. Dlaczego?

— Bo nie było na nie chętnych — kwituje.

Rzeczywiście, w górnictwie panowała dekoniunktura, fabryki zaplecza węglowego tonęły w długach, bo kopalnie płaciły z dużym poślizgiem. Wiele osób na Śląsku nie mogło się nadziwić, że Domogała inwestuje w upadającą branżę. Teraz nie ukrywają, że zazdroszczą.

W 2003 r. kupili Nowosądecką Fabrykę Maszyn Górniczych Nowomag od Przedsiębiorstwa Budowy Szybów. Właścicielem PBSz był NFI.

— Każdy mógł kupić ten zakład. Wtedy mówiono nam, że to taka mała firma, że nie ma sensu. Byliśmy innego zdania. Po trzech latach widać efekty — twierdzi Domogała.

To był początek tworzenia grupy kapitałowej. W kwietniu 2005 r. Famur przejął zakład Fazos w Tarnowskich Górach, a w grudniu 2005 r. Fabrykę Maszyn Górniczych Pioma w Piotrkowie Trybunalskim oraz Piomę Odlewnie. To chęć przejmowania kolejnych firm zaprowadziła Famur na warszawską giełdę.

Przed wprowadzeniem spółki na parkiet Jacek Domogała postawił znowu wszystko na jedną kartę. Na 21-letniego syna Tomasza, studenta brytyjskich uczelni. Na nim formalnie stoi całe imperium rodzinne i grupa Famur. W radzie nadzorczej spółki zasiada razem z ojcem i mamą.

— Nigdy w życiu nie pobrałem dywidendy w mojej firmie. Zysk zawsze przeznaczam na rozwój. Prowadzę biznes mniej dla pieniędzy, a bardziej dla wygranej — podkreśla Jacek Domogała.

 

Maria Trepińska Ļ

m.trepinska@pb.pl % 022-333-99-99

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Maria Trepińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Tajemniczy brunet z węglowego zaplecza