Jeżeli wasze dziecko jest najpiękniejsze, uzdolnione ponad miarę i zajmuje się czymś zdrożnym jedynie dlatego, że przecież to jeszcze dziecko (nawet gdy już trzy lata temu powinno zdać maturę, choć nie zdało) — to znaczy, że jesteście jego dziadkami.
Rodzice na ogół nie bywają aż tak bezkrytyczni, choć niewychowawczych głupstw popełniają mimo to bardzo wiele. Jednym z nich, skądinąd bardzo szkodliwym, jest pozbawienie dzieci czasu na wymyślanie sobie własnych zabaw — co wiąże się też z przeładowaniem życia dzieci elektronicznymi gadżetami i zmechanizowanymi atrybutami bezmyślnej i nietwórczej rozrywki.
Arkadia? Kiedyś...
W nostalgicznie przywoływanych „dawnych czasach” było inaczej. Po odrobieniu lekcji dzieci godzinami ganiały poza domem z innymi dziećmi. Starsi rzadko interesowali się tym, co one tam naprawdę robiły. I słusznie, bo na kolację wracały z rumieńcami na twarzy, zziajane, w poszarganych portkach i głodne jak wilki. A potem spały kamiennym snem, śniąc dalszy ciąg zabaw w królewny i królewiczów, kowbojów i wodzów indiańskich, piratów i wojowników. Z czasem coś się zmieniło. Uczciwie dodajmy, że nie dzieci to sprawiły.
Obecnie wiele naszych latorośli żyje podobnie jak ich rodzice: „odtąd — dotąd”, według ścisłego i gęsto zapełnionego planu. Całe życie obejmuje grafik rozdzielający odpowiednie odcinki czasu na obowiązki, dodatkowe obowiązki i obowiązkowe rozrywki. Czas, ten Największy Niepokorny, został przez niemądrego człowieka (dorosłego!) ustrukturalizowany, wzięty w jarzmo. Nikomu nie śmie zostać żadna niezagospodarowana wolna chwila.
No i mamy za swoje. Już skarżą się rzesze rodziców, że nawet maluchy nie sposób oderwać bez krzyku od telewizora, gameboya czy coraz to nowszych generacji play station. Jakaś fundacja wszczyna kampanię na rzecz odchudzania najmłodszych, wśród których niebezpiecznie rośnie procent otyłych, niezdolnych do dziecięcych harców i ruchu fizycznego. W szkołach podskoczył wskaźnik agresji — do niespotykanych rozmiarów. Coraz młodsze nastolatki wożą pełne plecaki piwa na pikniki i wycieczki (szkolne też).
Biorąc pod uwagę niedawny Dzień Dziecka i nadchodzące wakacje, nie wdamy się jednak w dyskusję o narkotykach, seksie nastolatków, młodocianej przestępczości, ucieczkach z domu, dziecięcych depresjach, syndromie ADHD i samobójstwach nieletnich. Relaks to relaks.
Pomysł za pomysłem
Pomówmy raczej o tym, jak pomóc dzieciom odrodzić zepchnięty za komputerowe bawidła ich własny twórczy instynkt pomysłowej, a przede wszystkim zbiorowej zabawy. Kiedyś w „Wysokich Obcasach” pisano o przedszkolu, w którym co kilka tygodni wynosi się wory z wszystkimi zabawkami do piwnicy. Dzieci rano przychodzą — i co? Muszą sobie same wymyślić, w co się bawić. Mają do dyspozycji zero zabawek, tylko leżaczki, krzesełka, sprzęty kuchenne, kocyki, poduszki, kwiatki na parapetach i ręczniki przy umywalkach. I nic więcej. Co się okazuje?
Po chwili konsternacji zawsze pojawia się jakaś prowodyrka czy prowodyr i uruchamiają akcję: „Bawimy się w okręt” albo „Bawimy się w sklep”. Z krzesełek, leżaków i kocyków powstają — wspólnym wysiłkiem — zręby potrzebnej scenerii. Dzieci spontanicznie wybierają sobie role, zaczyna się dziać coś nowego i niezwykłego. Najlepiej, jak na tę okoliczność likwiduje się podział na „krasnali”, „średniaków” (co za okropna nazwa!) i „starszaków”. Wszyscy bawią się ze wszystkimi, nawet pani kucharka może na chwilę włączyć się jako matka herszta piratów albo pani kierowniczka może zmienić się na chwilę w Zaczarowaną Górę, za którą znajdzie kryjówkę złowrogi Smok.
Dzieciom, które nauczą się w ten sposób bawić, nie grozi syndrom określony przez wzorowego amerykańskiego ojca z serialu „Bill Cosby Show” jednym zdaniem: „Dziecko to ktoś, kogo cechuje organiczna niezdolność do przyjmowania informacji od czegokolwiek, co nie ma ekranu i nie jest podłączone do prądu”. No właśnie... Nie sprawiajmy, by nasze dziecko stało się przedłużeniem pilota lub myszki komputerowej.
Ku nauce
Przesłanie z reportażu o oryginalnym przedszkolu warto wziąć sobie do serca, gdyż dotyczy bardzo małych dzieci. Wtedy właśnie formują się zalążki zamiłowań, przyszłych hobby i pasji, towarzyszących ludziom często do końca życia. I dlatego jeszcze, że tamto przedszkole uczy zabawy grupowej, wymagającej ustalania i respektowania reguł, tolerancji, współpracy, kompromisów i tej szczególnej przyjemności z poczucia przynależności do grupy. Jest to zwłaszcza ważne dla licznej kategorii współczesnych dzieci, czyli dla jedynaków żyjących w nuklearnych rodzinach albo nawet „półnuklearnych”, czyli z jednym rodzicem.
Najgorsza dla dziecka jest samotność. Co mówię! Najgorszą rzeczą dla człowieka jest samotność. Wychodzi na to samo... Tylko dorosły może jakoś poszukać sobie sam towarzyszy swoich zabaw. A dziecko samo nie może.
Niech zatem dzieci jak najczęściej bawią się z innymi dziećmi. Zanim ukończą trzy lata, nawet nie pokazujmy im telewizora. A potem zawsze niech jakiś dorosły ogląda z nimi odpowiednio do wieku dobrane programy. I w przypadku przedszkolaków — nie więcej niż jedną godzinę dziennie.
Przed snem niech matki i ojcowie czytają dzieciom książki — od urodzenia (a jeszcze lepiej od poczęcia) do pełnoletności. Niech to będą piękne i mądre baśnie, legendy, opowieści wierszem i prozą, przypowieści i przygodowe lub fantastyczne powieści.
Komputer w dziecinnym pokoju niech zachowa pierwotną funkcję: nie przestanie być pomocą naukową. Rozrywki, odprężenia i relaksu nauczmy nasze dzieci szukać w sportach i fizycznej rekreacji (w przypadku błahych stresów) oraz w rozmowie z przyjacielem (w przypadku poważnych problemów).
A wtedy gwarantuję, że to lato — i prawdopodobnie kilkanaście następnych — upłynie bez konieczności szukania wyspecjalizowanych w ratowaniu zaburzonych dzieci psychologów, psychiatrów, adwokatów, kuratorów sądowych, ginekologów czy policjantów.
Na koniec mam jeszcze dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra: by stworzyć dzieciom bezpieczne warunki dobrego rozwoju, nie potrzeba ani willi z ogrodem, ani podróży w Alpy czy nad Morze Śródziemne, ani sześciocyfrowego konta w banku.
A ta gorsza wiadomość? Kto chce dzieci dobrze przygotować do życia, to musi mieć przede wszystkim czas. Dużo czasu. Z grubsza biorąc, jakieś pięć godzin dziennie, w czasie których wszystkie sprawy staną się drugoplanowe, zaś sprawy dziecka — naczelne.
To oczywiście dość ogólnikowa recepta. Ale jeżeli jacyś rodzice mają wątpliwości co do szczegółów, to zawsze lepiej dodać tych godzin dla dziecka — i z dzieckiem — niż ich ująć. l
