Taka gmina, czyli Jurassic Park po polsku

Urszula Zalewska
opublikowano: 2005-08-19 00:00

Wszystko zaczęło się od śladu alozaura odciśniętego w kamieniu. Nie wiadomo, czy ślad jest prawdziwy. Prawdziwe są za to tysiące turystów i spadek bezrobocia o kilkadziesiąt procent.

Ostrowiec Świętokrzyski. Strzałka: Bałtów 12 kilometrów. Jedziemy. Przy wjeździe do wsi przystań nad rzeką Kamienną. Mały drewniany domek, gdzie można kupić bilety na spływ tratwą. Tratwą? Z flisakami? Przecież to nie Dunajec!

— Kiedy mieszkańcy zastanawiali się, co zrobić, żeby gmina wydobyła się z zapaści i marazmu, postanowiliśmy wykorzystać to, co dała nam natura — czyli rzekę. Padł pomysł: urządzimy spływ tratwami po rzece, z której podziwiać można będzie piękno świętokrzyskiego krajobrazu, odsłonięte skały — opowiada Jarosław Kuba, dyrektor Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Gminy Bałtów „Bałt”.

Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.

Chłopy to nie bogole

To właśnie Stowarzyszenie Bałt od trzech lat próbuje zarazić mieszkańców entuzjazmem, chęcią do działania, nauczyć obywatelskiej postawy. Cel jest jeden: rozwijać gminę, a dzięki temu dać ludziom pracę i zarobek. Zadanie nie jest łatwe. W 2000 r. w Hucie Ostrowiec — największym zakładzie w powiecie — rozpoczęły się masowe redukcje zatrudnienia. W pierwszej kolejności dotknęły chłoporobotników z okolicznych wsi, a do nich w większości zaliczali się mieszkańcy Bałtowa. W 2002 r. bezrobocie w gminie sięgnęło 30 proc. Brak pracy, brak perspektyw... Do tego wójt zamordysta, rządzący twardą ręką.

— Gmina była totalnie zaniedbana: brak planów zagospodarowania terenu, brak infrastruktury, chociażby kanalizacji. Niewyjaśnione kwestie własnościowo-majątkowe, z którymi borykamy się do tej pory. I brak jakiejkolwiek aktywności społecznej czy obywatelskiej. Nawet koło gospodyń wiejskich przestało działać — opowiada Jarosław Kuba.

Władze gminne nie miały ani woli, ani pomysłu na poprawę tej sytuacji. Wójt nie pozwolił nawet zbudować masztu dla telefonii komórkowej. Chłopy to nie bogole, komórek nie potrzebują! — mawiał. Na jednej z sesji rady gmi- ny ktoś wspomniał o dotacjach z SAPARDU. My nie żebraki, żeby od Unii pieniądze brać! — obruszał się wójt.

Przełom nastąpił w 2001 r. Miejscowa elita — nauczyciele, kilku rolników i mózg całego przedsięwzięcia, lokalny przedsiębiorca Piotr Lichota, postanowili coś zrobić. Zawiązali Stowarzyszenie Bałt, któremu teraz szefuje Jarosław Kuba. Pod aktem założycielskim podpisało się 120 osób. Chcieli znaleźć sposób na wypromowanie gminy, przyciągnięcie kapitału. Postawili na rozwój turystyki.

— Ludzie związani ze stowarzyszeniem umiłowali tę ziemię. Chcieli pokazać jej piękno i wyjątkowość — nieco górnolotnie deklaruje dyrektor stowarzyszenia.

W październiku 2002 r. miały się odbyć wybory samorządowe. Ludzie ze stowarzyszenia zawiązali komitet wyborczy. W programie konkretne działania, konkretna strategia — rozwój poprzez turystykę.

— Udało się. Stowarzyszenie wygrało wybory. Wójtem został Bogusław Mąka, wywodzący się ze stowarzyszenia. Podobnie jak większość nowych radnych — wspomina Jarosław Kuba.

Stowarzyszenie rządzi gminą i nawet nie do końca wiadomo, gdzie przebiega granica pomiędzy kompetencjami Bałta i lokalnych władz.

— Hmm, trudno powiedzieć... — przyznaje Jarosław Kuba.

Stowarzyszenie nie jest ograniczone skomplikowanymi i długotrwałymi procedurami, do których musi stosować się gmina. Dlatego jeśli we wsi zepsuje się mostek, stowarzyszenie organizuje oraz finansuje naprawę. I robi to szybko. Choć nie o to chodziło, to teraz często ludzie Kuby przejmują obowiązki władz.

Mały Dunajec

Wsiadamy na tratwę, jedną z trzech. Na każdej dwóch flisaków ubranych na ludową modłę. I grajek z akordeonem.

— Te tratwy to był nasz pierwszy pomysł. Ktoś się śmiał, ktoś pukał w głowę, ktoś mówił — wariaci. Ale spróbowaliśmy. Na początku szło bardzo ciężko. Rzeka była zupełnie niedrożna, zanieczyszczona przez krzewy i zwalone drzewa. Ale udało się zdobyć pieniądze na oczyszczenie — 300 tys. zł — z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej. To były pierwsze miejsca pracy dla mieszkańców Bałtowa. Pierwsze efekty nowych rządów. Następny problem — tratwy. Pojechałem nad Dunajec, nad Poprad, zobaczyć, jak to tam wygląda. W Urzędzie Żeglugi Śródlądowej w Krakowie dostałem potrzebną dokumentację. Musieliśmy zdobyć pozwolenia, atesty. Mnóstwo załatwiania. Ostatni problem to obsada tratw. Skąd wziąć flisaka w Górach Świętokrzyskich? Żeby móc zawodowo spławiać ludzi, trzeba mieć minimum stopień starszego marynarza! Daliśmy więc kilka ogłoszeń i — o dziwo — zgłosiło się kilka osób. Wybraliśmy trzy. Dołączyło trzech pomocników. Jednym słowem — udało się — opowiada Jarosław Kuba.

W czerwcu 2003 r. ruszyły pierwsze spływy. Teraz po Kamiennej można pływać też w kajakach.

— Hit niesamowity! Chwyciło bez pudła — podsumowuje Kuba.

Przy dźwiękach akordeonu płyniemy przez Bałtów. Mijamy pałac książąt Druckich-Lubeckich na wzgórzu. Piękny, XVIII-wieczny, z dwoma marmurowymi lwami przy wejściu i ogromnym tarasem. Tyle tylko że zdewastowany. Przez kilkanaście lat mieściła się tu szkoła rolnicza. Kiedy szkołę przeniesiono, pałacyk popadł w ruinę. I choć Jarosław Kuba nie chce za dużo mówić, ujawnia w końcu, że stowarzyszenie ma w planach urządzenie w dawnej siedzibie książąt luksusowego centrum konferencyjno-szkoleniowego, dzięki któremu uda się do Bałtowa przyciągnąć zamożną klientelę.

— Przeszkodą są niewyjaśnione kwestie własnościowe. Na remont pałacu trzeba wyłożyć około 50 mln zł. Ale inwestor prędzej czy później się znajdzie. Oby tylko mógł to kupić — wzdycha.

Pod „tureckim” namiotem

Po godzinie wysiadamy z tratwy na... plaży! Czyściutki piasek, mała zatoczka. Obok — boisko do siatkówki plażowej i do piłki nożnej! Przy nich scena i podest. Jest gdzie usiąść, napić się piwa, zjeść kiełbaskę z grilla.

— Na początku działalności stowarzyszenia musieliśmy zintegrować bałtowską społeczność. Sposobem na to były pikniki. Organizowaliśmy je tutaj, na Okręglicy — wspomina Jarosław Kuba.

Były konkursy, zabawy tematyczne, dyskoteki. Trochę taka prowizorka, bo scenę udało się zbudować z prototypowych tratw, a zadaszenie z namiotu „a` la turecki”.

— Ktoś grał, ktoś śpiewał. Organizowaliśmy zawody strongmenów — chłopi ze wsi występowali, ciągnęli liny. I o dziwo, z każdym piknikiem przyjeżdżało coraz więcej ludzi, całe wycieczki — uśmiecha się Jarosław Kuba.

Wtedy też udało się nawiązać pierwsze kontakty z biurami podróży. I właśnie szerokie kontakty dyrektora stowarzyszenia to jeden z kluczy do sukcesu. Zanim trafił do Bałta, pracował w kilku organizacjach pozarządowych. Koordynował wiele programów samorządowych i młodzieżowych. Z dumą przyznaje, że miał okazję współpracować z Jackiem Kuroniem. Dzięki temu świetnie orientuje się, skąd i na co zdobyć granty. Lista fundacji, które wsparły rozwój Bałtowa, jest imponująca: Fundacja Wspomagania Wsi, Fundusz Współpracy, Polsko-Amerykańska Fundacja Wolności. Nie wspominając oczywiście o funduszach unijnych. Tylko z SAPARD udało się zdobyć 120 tys. zł na boiska, plażę, prawdziwą drewnianą scenę i podest, gdzie do tej pory odbywają się imprezy i pikniki. Z unijnego funduszu sfinansowano też częściowo budowę „skarbu” Bałtowa — Parku Jurajskiego.

Część z uzyskanych pieniędzy przeznaczono na promocję gminy. Strategia marketingowa jest dokładnie przemyślana,

— Wydajemy ulotki, foldery, pocztówki, kalendarzyki. Udaje nam się to rozprowadzać po całej Polsce przez Polską Organizację Turystyczną i Regionalną Organizację Turystyczną. Przygotowaliśmy specjalną ofertę dla dzieci, którą nasi kurierzy rozwozili po szkołach. Zainwestowaliśmy w billboardy. Każdą imprezę, w której udział bierze stowarzyszenie, wykorzystujemy do promocji Bałtowa. Wysyłamy nasze materiały do biur podróży — mówi dyrektor Kuba.

Czy te działania są skuteczne? W 2003 r. Bałtów odwiedziło 14 tys. ludzi, w 2004 — już 80 tys.

Miał być kowboj, są dinusie

Docieramy wreszcie do Parku Jurajskiego — największej atrakcji Bałtowa. To najlepszy dowód, że można zrobić coś z niczego. Albo prawie niczego.

Wchodząc do parku, cofamy się o ponad 500 mln lat, do czasu, kiedy na Ziemi pojawiło się życie. Wędrujemy przez kolejne okresy historii planety — od kambru przez trias, jurę, kredę aż do czwartorzędu, w którym pojawił się człowiek. Wzdłuż całej trasy podziwiamy dinozaury — plastikowe modele naturalnej wielkości. Z jednej strony wielki tyranozaur, z drugiej sześć zauropodów — mama dinozaur z małymi. Trochę dalej roślinożerne wulkanodony, których tropem podążają dilofozaury, drapieżniki.

— Modele wykonał Krzysztof Kuchnio. Ten sam, który pracował dla parku jurajskiego w Hanowerze — podkreśla Jarosław Kuba.

Park dopracowany jest w najmniejszym szczególe — przystrzyżone trawniki, oczka wodne, małe strumyki. Po podróży w czasie dzieciaki szaleją na wielkim placu zabaw i… odkopują szkielety dinozaurów. Dorośli mogą podziwiać skromne jeszcze zbiory Muzeum Jurajskiego.

Skąd pomysł na park i prehistoryczne stwory?

— W pewnym stopniu zadecydował przypadek. Piotr Lichota, prezes Bałta, prezentował pierwszą koncepcję dla Bałtowa, gdzie motywem przewodnim było miasteczko Dziki Zachód — z kowbojami, stad-niną koni. W tym samym czasie naukowcy z Polskiego Instytutu Geologicznego (PIG), dr Gerard Gierliński i prof. Grzegorz Pieńkowski, odkryli w okolicy trop alozaura. Później okazało się, że takich tropów jest więcej. I choć same w sobie nie są wielką atrakcją, postanowiliśmy pójść za ciosem i jakoś to wykorzystać — wyjaśnia Jarosław Kuba.

Pierwszym z bałtowskiej dinozaurowej rodziny był właśnie plastikowy alozaur, który stał się celem niezliczonych weekendowych wycieczek. Jeśli zatem jeden stwór przyciąga tyle ludzi…

Budowa parku rozpoczęła się w marcu 2004 r., kosztowała prawie 3 mln zł. Oficjalnie pieczę nad nim sprawuje bliźniacze stowarzyszenie Delta, któremu także prezesuje Piotr Lichota. Merytorycznie powstanie parku wspierali specjaliści z PIG.

Pół roku później, na otwarciu parku, było 18 tys. ludzi. I od tego momentu Bałtów przestał być małą, zapyziałą, nikomu nie znaną wsią. W każdy letni weekend przyjeżdża tu kilka tysięcy osób. Na wielkim, kilkuhektarowym parkingu samochodowym widać rejestracje z całej Polski.

Efekt kuli śniegowej

W parku pracuje ponad 60 osób — sprawdzają bilety, kierują samochodami, sprzątają, oprowadzają turystów. Wszyscy ubrani w firmowe koszulki. Wszyscy z identyfikatorami. Pełen profesjonalizm. Ale zdaniem Kuby, najważniejsze jest to, że mieszkańcy Bałtowa wzięli sprawy w swoje ręce. Jak grzyby po deszczu powstają sklepiki, bary, wypożyczalnie rowerów i kajaków. Miejscowy młynarz, do którego należy ponadstuletni, wciąż działający młyn, oprowadza po nim przyjezdnych. Ktoś otworzył smażalnię ryb, ktoś inny sprzedaje pamiątki. Powstało 7 gospodarstw agroturystycznych, skąd goście mogą dojechać do parku bryczkami albo kolejką na kółkach.

— Od kiedy jest park, wiele się tutaj zmieniło. Przyjeżdża dużo ludzi — mówi Edward Budzeń, miejscowy pszczelarz, który sprzedaje swoje wyroby nieopodal parku.

Kupić u niego można nie tylko słoik miodu, ale przede wszystkim dinozaura... z naturalnego pszczelego wosku.

— Zanim zaczęłam prace w parku, byłam na bezrobotnym. Teraz jest lepiej. Ale nie mogę rozmawiać — jestem w pracy — ucina bileterka.

A czy są jakieś minusy?

— No, niektórzy narzekają, że głośno i spać nie można — przyznaje niepewnie Budzeń.

W czasie wędrówki po parku szef Bałta wita się z każdym napotkanym pracownikiem, z każdym jest na ty.

— Tworzymy zgrany zespół. Każdy dba o porządek i ład, bo przecież to dla naszego wspólnego dobra — podkreśla Kuba, podnosząc papierek z ziemi.

Aż trudno uwierzyć w taką ludzką solidarność. Przecież tam, gdzie dwóch Polaków, są trzy opinie. Tym bardziej jeśli w grę wchodzą pieniądze. Ale z drugiej strony, tylko dzięki wizjonerstwu Lichoty i konsekwencji Kuby w Bałtowie znaleźli się turyści, których oni z uporem nazywają klientami.

— Przecież to oczywiste, że im więcej ludzi przyjedzie zobaczyć park, tym więcej ich kupi plastikowego dinozaura na pamiątkę, zje karkówkę z grilla. Im więcej zarobi właściciel namiotu z piwem, tym więcej pieniędzy dla stowarzyszenia, które później zostanie zainwestowene w rozwój turystyki — tłumaczy Jarosław Kuba.

Zasada bowiem jest prosta. Zwykle 20 proc. przychodu z „inicjatyw” trafia do kasy Bałta. To wynagrodzenie za promocję i sprzedaż: informacje na stronie internetowej i folderach.

— Właściciel gospodarstwa agroturystycznego nie pojedzie na targi na własną rękę. My możemy umieścić informację o jego działalności w naszych materiałach. Wszystko jest jasne i uczciwe — podkreśla Kuba.

Teraz, kiedy udało się przyciągnąć turystów w lecie, czas pomyśleć o zimie. Plany są ambitne. Szef Bałta pokazuje miejsce, gdzie już w przyszłym roku ma ruszyć stok narciarski.

Zapytany o receptę na sukces podobny do tego, jaki udało osiągnąć się w Bałtowie, Jarosław Kuba wymienia: projekt i przemyślana koncepcja, jak go dobrze sprzedać. Konsekwencja — wiele jest dobrych pomysłów, które upadają, bo brakuje dobrej realizacji. Zgrany zespół i silny lider. Stowarzyszenie zatrudnia większość pracowników na umowę o pracę. To daje im bezpieczeństwo i buduje zaufanie, lojalność.

Trop czy fałszywka?

Jeszcze w czasie budowy parku pojawiły się wątpliwości co do autentyczności odnalezionych śladów dinozaurów. Kielecka „Gazeta Wyborcza” donosiła, że niektórzy naukowcy z Polskiej Akademii Nauk dystansują się od odkrycia. Być może odnaleziony ślad jest tylko tworem geologicznym, który przez przypadek przypomina odcisk łapy.

— No cóż, te spory pozostawmy naukowcom. Najważniejsze, że park budzi zainteresowanie, a bezrobocie z 30 spadło do 17 proc. — komentuje te rewelacje Jarosław Kuba.

Najlepiej podsumowuje to internauta na forum „Gazety”: syrenki w Warszawie też nie było!