Weekend na cmentarzach jak zawsze miał szczególne znaczenie w naszym życiu osobistym, ale w tym roku nabrał dodatkowej symboliki za sprawą pożegnania Tadeusza Mazowieckiego. We wspomnieniach akcentowano jego przełomowe premierostwo na styku PRL z odradzającą się RP. Z własnej szkatułki wyjąłem jednak zapomniany znaczek wyborczy w kształcie flagi, gdzie na białym tle znajduje się napis „Prezydent 1990” i wizerunek premiera, a na czerwonym odręczny podpis — TMazowiecki. Gdyby 23 lata temu owa idea się zmaterializowała — polskie życie publiczne nie tylko w pierwszych latach transformacji, ale i dzisiaj byłoby na pewno zdrowsze.

Niestety, Pan Tadeusz poniósł najbardziej bolesną i upokarzającą klęskę polityka w historii demokratycznej Polski. A my, rozbrajająco naiwne inteligenciaki, razem z nim. Taka zbiorowa bezmyślność, jak wyniesienie do drugiej tury wyborów głowy państwa niejakiego Stana Tymińskiego, nie przytrafiła się w Polsce już nigdy — podobnie postrzegane awanse Samoobrony czy Ruchu Palikota to nie to. Politykę public relations sztabu premiera wypada jednak z dzisiejszą wiedzą ocenić jako beznadziejną...
Z drugiej strony — w ogóle nie funkcjonował tak paraliżujący wszelką decyzyjność syndrom „bo idą wybory”. To szczęście dla Polski, że podczas przyjmowania w 1989 r. mającego wielkie konsekwencje społeczne pakietu ustaw gospodarczych Leszka Balcerowicza, za który pełną odpowiedzialność przyjął Tadeusz Mazowiecki, nikt nie myślał o sondażach. Forsowane przez Lecha Wałęsę wybory prezydenckie zaczęły się konkretyzować dopiero wiosną 1990 r.
Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach — to klęska. Ta maksyma Józefa Piłsudskiego wyjątkowo trafnie podsumowuje dorobek życia sternika III RP w jej najtrudniejszego okresu.