Wyruszamy z Ushuaia, argentyńskiego portu w Ziemi Ognistej. Ostatni bastion cywilizacji — przez dwa tygodnie wokół nas będzie tylko ocean, śnieg i lód, a domem stanie się lodołamacz "Polar Star", dostosowany do potrzeb turystów.
Tam, gdzie lato jest zimą
Kurtka puchowa, rękawice, gogle… Jasne, jadę na Antarktydę! Ale kostium kąpielowy? — Po co? Będziecie się kąpać w morzu — słyszę od kolegi. Jestem pewna, że mnie "wkręca", ale kostium pakuję…
Osławiona sztormami Cieśnina Drake’a i pozostawiony z boku groźny Przylądek Horn dają nam tym razem taryfę ulgową — na chorobę morską cierpią nieliczni. Po dwóch dniach dopływamy do Szetlandów Południowych — to w tym archipelagu znajduje się wyspa King George z Polską Stacją Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego. Latem przebywa w niej nawet kilkudziesięciu polarników, ale na tzw. zimowanie — czyli kilkanaście miesięcy odcięcia od świata — decyduje się każdego roku tylko kilkunastu (kobiety też się zdarzają!). Niełatwe to życie… Gdyby mieli przynajmniej internet (na innych stacjach jest), polarnikom byłoby łatwiej znosić rozłąkę z bliskimi, nie mówiąc o ułatwieniu badań naukowych.
Kiedyś miałam okazję dotrzeć na "Arctowskiego" jachtem. Dla naszej załogi, po miesiącu żeglugi, była to namiastka kraju. Wypiekany na miejscu "polski" chleb z polską kiełbasą, a na obiad schabowy z mizerią (nieważne, że z ogórków wyhodowanych na pingwinim nawozie) sprawiły, że poczuliśmy się jak w domu. W ogóle: swojskie miejsce. Zamiast telewizji można obejrzeć sobie "Misia" i inne nasze filmy, nad brzegiem zatoki stoi góralska chata (gdy przypływają turyści zamienia się w sklepik). Jest też maszt z dobrze znajomą flagą i drogowskaz: do Warszawy — bagatela! — 14 473 km.
Antarktyczna kąpiel
Niestety, w programie rejsu na lodołamaczu nie ma "Arctowskiego". Zatrzymujemy się za to przy innej wyspie — Deception. Dokładniej, to podtopiony wulkan, do którego krateru można wpłynąć.
I tu się wyjaśnia, po co kazano nam zabrać stroje kąpielowe. Otóż na wyspie, będącej jeszcze w I połowie XX wieku wielorybniczą bazą, znajdują się gorące źródła. Wystarczy rozkopać trochę piasek na czarnej, wulkanicznej plaży i dołek wypełnia się ciepłą wodą. Tak gorącą, że po kilku minutach moczenia się, trzeba wskoczyć dla ochłody do oceanu.
Nie ma zbyt wielu chętnych do kąpieli. Nasza kilkuosobowa polska ekipa oczywiście nie zawodzi, dołącza jeszcze paru Japończyków — za to mamy tłum kibiców. Ubrani w ciepłe kurtki i czapki uszanki robią nam sesję zdjęciową. Nie wiem, czy to termalna woda, czy emocje sprawiają, że dopiero kiedy przebieramy się w ciepłe ciuchy, zaczynamy szczękać zębami. Na statku szybko podają wzmocnioną nieco "procentami" herbatę. Nic dziwnego — kapitanem statku (produkcji radzieckiej) jest Norweg, ekipę sprzątającą stanowią Filipińczycy, ale oficerowie nawigacyjni i obsługa maszynowni to Polacy, mający swoje sposoby na arktyczne mrozy. Może dzięki temu nikt z nas nie dostał kataru?
Kolejny cel to stacja ukraińska, położona na 65 stopniu szerokości geograficznej południowej. Płyniemy dniami i nocami, choć w tych warunkach i tak pora doby nie ma znaczenia, bo o północy wciąż jasno, a zachód słońca staje się od razu wschodem. Co jakiś czas z głośników rozlega się informacja typu: "wieloryby z prawej burty!" albo: "potężna góra lodowa z lewej!". Słysząc to, łapiemy aparaty i co sił biegniemy na pokład.
Góry lodowe? Niesamowite! Trudno uwierzyć, że zaledwie 1/9 tego kolosa wystaje ponad powierzchnię wody. Niektóre stanowią bezkształtne bryły, inne są ścięte niczym blat stołu. Największe wrażenie robi na nas Kanał Lemaire’a, nazywany też popularnie Kodak Gap, bo to wyjątkowe miejsce dla fotografów. Przejście między lodowymi ścianami jest tak wąskie, że ledwie się w nim mieścimy.
Siódmy kontynent
Największą atrakcją każdego dnia są zejścia na ląd. Wielki lodołamacz do brzegu nie dobije (ze względu na zanurzenie) — na ląd docieramy na zodiakach, czyli gumowych pontonach. Przed opuszczeniem statku trzeba przejść przez basenik z płynem odkażającym — by nie przenieść nieopatrznie na dziewiczy ląd mikroorganizmów, które na Antarktydzie nie występują.
Zejście na stały ląd: jeden z najważniejszych momentów rejsu. Zdaniem ekspertów, dopiero to jest podstawą do "zaliczenia" bytności na Białym Kontynencie. Wyspy się nie liczą — mieszczą się w określeniu Antarktyka, a nie Antarktyda. Z tego powodu wcześniejsza wizyta na stacji im. Arctowskiego nie dawała mi prawa mówić, że byłam na Antarktydzie. Dopiero teraz zdobywam mój siódmy kontynent! Czcimy to szklaneczką whisky z lodem, ale odłupanym z antarktycznego lodowca!
Nie ma na Antarktydzie dwóch takich samych okolic. Raz mamy śniegowe pagóry, na których urządzamy szalone zjazdy, innym razem — lodowiec ze szczelinami, gdzie trzeba bardzo uważać. O tym, że ostrzeżenia przewodników są uzasadnione, przekonujemy się po spotkaniu z załogą norweskiego jachtu. Antarktyda miała być dla nich ostatnim miejscem w kilkuletnim, zdawałoby się szczęśliwie kończącym się, rejsie. Godzinę po wypłynięciu odebraliśmy na statku radiowy komunikat, że norweski kapitan zginął w lodowej szczelinie…
Wizyta na pingwiniskach
Do stacji ukraińskiej Akademik Vernadsky nie docieramy — zlodzenie jest tak duże, że nie ma szans się przebić. Na to konto odwiedzamy stację brytyjską — Port Lockroy, gdzie można sobie wbić do paszportu okolicznościowy stempel i… wysłać list, bo znajduje się tu oficjalny, jednoosobowy urząd pocztowy.
Przy okazji zaprzyjaźniamy się z pingwinami. Określenie "zaprzyjaźniamy" bywa umowne, gdyż nasi przewodnicy — zarazem naukowcy i ekolodzy — pilnują, by nie podchodzić za blisko zwierząt, a już na pewno nie podejmować prób głaskania.
Niestety, nie mamy okazji zobaczyć największych i najładniejszych pingwinów cesarskich, za to mniejszych gatunków — pełno. Są wśród nich pingwiny maskowe — zwane "policjantami" ze względu na biały pasek pod brodą, niebieskookie pingwiny Adeli (nazwa od imienia żony jednego z badaczy), pingwiny gentoo — znane też jako białobrewe (z białą plamą nad okiem) i poruszające się skokami skocze złotoczube (po angielsku — Macaroni), ze śmiesznym niby-piórkiem na głowie.
Godzinami można patrzeć na te ptaki słynące ze stałości uczuć (większość całe życie spędza z tym samym partnerem). Najciekawiej jest przy pingwinich przedszkolach, w których młode zostają w czasie, gdy rodzice są zajęci szukaniem pożywienia. Patrząc na kłębowisko brązowych, puchatych stworzeń (potem stają się biało-czarne), zastanawiam się, jak matki rozpoznają swoje dzieci.
Zagrożeniem dla maluchów, a także dla jaj, są drapieżne ptaki — wydrzyki. Na pingwiny pływające w oceanie czatują zaś lamparty morskie (gatunek fok). Z innymi fokami pingwiny pozostają w przyjacielskich stosunkach. Na przykład z wielkimi, ociężałymi słoniami morskimi, lubiącymi wygrzewać się na kamienistej plaży.
Fajnie mają — mówią moi koledzy, słysząc o haremach samców słoni morskich. Jeden samiec ma w swoim otoczeniu nawet 30 samic!
Biała pustynia
Cieszymy się, że nie jest tak zimno, jak się obawialiśmy. Temperatury oscylują w okolicach zera, ale nawet gdy spadają do minus 10, to — przy braku wiatru i suchym powietrzu — wcale nam to nie przeszkadza. Właściwie to narzekamy na… słońce, operujące wyjątkowo mocno. No, ale w końcu to antarktyczne lato! Pamiętam opowieści polskich polarników: wspominali długie tygodnie tutejszej zimy, kiedy nawet otwarcie drzwi do baraku mieszkalnego było problemem (bywa, że prędkość wiatru sięga 320 km/h), a przejście kilkunastu metrów w zadymce groziło zabłądzeniem.
Z dnia na dzień coraz bardziej fascynuje mnie biała, bezdrzewna pustynia. Gdyby uznać ją za kraj, byłby drugi co do wielkości (po Rosji) na świecie. Antarktyczny lądolód ma 4,5 tys. km długości, a grubość lodu dochodzi do 4,7 km! Trudno pojąć, że taką przestrzeń zamieszkuje zaledwie tysiąc ludzi (pracownicy stacji naukowych)…
Z żalem opuszczamy niezwykłe krajobrazy i machamy na pożegnanie pociesznym pingwinom, które — jakby chcąc nas odprowadzić — płyną koło statku. Kiedy rzucamy cumy w porcie Ushuaia, nikt z naszej ekipy nie ma wątpliwości — to była wyprawa życia!
Informacje praktyczne
Wiza: niepotrzebna. Nie ma też żadnych wymagań zdrowotnych.
Organizacja wyjazdu: Jedyne możliwości, by zobaczyć Antarktydę, to: zostać pracownikiem bazy polarnej, załapać się na jacht pływający w tych rejonach albo wykupić rejs turystyczny na którymś ze statków wypływających z portu Ushuaia.
Koszty: Antarktyczne rejsy — w zależności od trasy, statku i rodzaju kajuty — to kwoty rzędu kilku-kilkunastu tysięcy dolarów. Najtańsze — last-minute (kiedy nagle zwalnia się jakieś miejsce) — kupi się za jakieś 2,5 tys. dol. (10 dni z pełnym wyżywieniem, bez przelotu). To okazja!
Wyprawy na Antarktydę z Polski organizuje Logos Travel (www. wyprawy. pl). Cena 16-dniowego wyjazdu: 26,3 tys. zł (10-dniowy rejs na Antarktydzie plus kilka dni na Ziemi Ognistej i w Buenos Aires, z przelotami).
Kiedy jechać? Sezon na rejsy antarktyczne trwa od grudnia do końca lutego, czyli wtedy, gdy na półkuli południowej jest lato. W innych okresach nie organizuje się rejsów dla turystów — ze względu na sztormy w Cieśninie Drake’a i zlodzenie w rejonie Antarktydy.

