Tam, gdzie leżą konfitury

Gdy prawie pięć lat temu Wiesław Kaczmarek obejmował stanowisko ministra skarbu, deklarował, że chce być ostatnim ministrem, który zajmuje się w Polsce prywatyzacją. I niewiele się pomylił. Od kilku lat prywatyzacja w Polsce zamarła (pomijając krótki, acz owocny epizod rządów Jacka Sochy), ale ministerstwo trwa i pozostaje jednym z najcenniejszych politycznych trofeów, o które trwają zażarte, choć nie zawsze widoczne gołym okiem, walki.

Tam, gdzie leżą konfitury

Adam Sofuł
opublikowano: 29-06-2006, 00:00

Gdy prawie pięć lat temu Wiesław Kaczmarek obejmował stanowisko ministra skarbu, deklarował, że chce być ostatnim ministrem, który zajmuje się w Polsce prywatyzacją. I niewiele się pomylił. Od kilku lat prywatyzacja w Polsce zamarła (pomijając krótki, acz owocny epizod rządów Jacka Sochy), ale ministerstwo trwa i pozostaje jednym z najcenniejszych politycznych trofeów, o które trwają zażarte, choć nie zawsze widoczne gołym okiem, walki.

Właśnie taka walka buldogów pod dywanem paraliżuje działalność resortu skarbu. Po powołaniu rządu Kazimierza Marcinkiewicza ministrem skarbu został Andrzej Mikosz, którego można było uznać, za „człowieka rynku”, ale nie „człowieka PiS”. Kiedy pomysł, by sprawy gospodarcze zrzucić na barki Platformy Obywatelskiej, legł w gruzach, stało się jasne, że Mikosz musi odejść. I odszedł — po publikacji „Rzeczpospolitej”, w której zarzucano mu, że pożyczył 300 tys. dolarów graczowi giełdowemu podejrzanemu o pranie brudnych pieniędzy. Można przy tej okazji zauważyć, że wtedy publikacje prasowe wystarczały do dymisji ministra, dziś z odwołaniem prezesa PZU trzeba poczekać na ewentualne prokuratorskie zarzuty.

Następcą Mikosza został zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego — Wojciech Jasiński, który nie ukrywał, że prywatyzować nie zamierza, a wpływy z prywatyzacji zamierza zastąpić wyduszaną z państwowych spółek dywidendą. Miał też realizować oczekiwaną przez PiS politykę personalną. Wszak w państwowych spółkach czekają tysiące posad, zajętych przez ludzi „układu”. Trzeba te spółki odzyskać i zapewnić kontrolę rządu obsadzając swoimi ludźmi. I tu powstał klincz — bo premier stawiał na „ludzi rynku”, a minister na „ludzi PiS”. Minister cieszył się większym poparciem władz rządzącej partii. W rządzie jednak głos decydujący ma (chyba jeszcze) premier. Stan równowagi okazał się dla resortu paraliżujący. Skoro ani premier, ani minister nie mogą postawić na swoim, to decyzje nie zapadają.

Pierwsze otwarte starcie między nimi zakończyło się remisem — minister przeforsował swojego kandydata na prezesa PZU, ale premier w odpowiedzi powołał szacowny zespół opiniujący kandydatów do władz spółek, i zapewniając sobie chociaż pośrednią kontrolę nad tym procesem. Nie udało mu się natomiast doprowadzić do odwołania kontrowersyjnego prezesa. Ten remis oznacza kilkumiesięczny stan zawieszenia dla dziesiątek państwowych spółek. Sęk w tym, że nawet rozstrzygnięcie w tym meczu nie będzie oznaczało dla tych spółek stabilizacji. Bo posady w spółkach nadal kuszą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane