Tam znicz zgaśnie, tutaj rozgorzeje

opublikowano: 05-08-2021, 20:00

Finiszujące Igrzyska XXXII Olimpiady w Tokio zgodnie z dyktatem płacących miliardy stacji telewizyjnych zorganizowane zostały w środku wakacji.

Tamtejsze upały bardzo ciężko znoszą sportowcy w dyscyplinach plenerowych, którzy mogą tylko pomarzyć o takiej litości, jaką 57 lat temu Międzynarodowy Komitet Olimpijski okazał ich starszym kolegom – Tokio 1964 odbyło się od 10 do 24 października. Drugi, sierpniowy tydzień igrzysk powinien już trafiać na generalną kanikułę polityczną. W Polsce tym razem nie ma jednak mowy o długich parlamentarnych wakacjach, i to bynajmniej nie z powodu walki z epidemią. Władcy sami zorganizowali letnie igrzyska polityczne, których program w przyszłym tygodniu może wymknąć się spod ich kontroli.

Noriko Hayashi

Główną areną ma być nadprogramowe posiedzenie Sejmu 11 sierpnia. Bardzo ważne dla bilansu głosów Porozumienie Jarosława Gowina stoi na rozdrożu, w sobotę ma debatować, w którą stronę skręcić. Meandrujący wicepremier od dawna jest demonstracyjnie lekceważony przez premiera. Po wewnętrznym puczu w jego partyjce domagał się np. odwołania ze składu Rady Ministrów jej członka Michała Cieślaka, którego sam tam wstawił, ale zaufany współpracownik okazał się zdrajcą. Mateusz Morawiecki absolutnie się na to nie zgodził i nie skierował wniosku do prezydenta. Sam natomiast poza plecami Jarosława Gowina wyrzucił w środę wiceminister Annę Kornecką z Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. Zgodnie z polityczną logiką następnym krokiem może być już tylko usunięcie samego wicepremiera, które już dawno by się dokonało, gdyby nie pechowa dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego sejmowa arytmetyka. Jego teza o utrzymywaniu przez klub PiS większości bezwzględnej oczywiście opiera się na wliczeniu całego Porozumienia, zarówno progowinowców, jak też dysydentów. Tak naprawdę nikt nie wie, jak ułożą się bardzo kontrowersyjne głosowania Sejmu 11 sierpnia, choćby w sprawie ustawy uderzającej w amerykańskiego właściciela stacji TVN. PiS ma cały czas nadzieję, że Jarosław Gowin jednak się ukorzy, bo ma za dużo do stracenia.

Dzieje III RP znają już kilka ostrych koalicyjnych konfliktów, które kończyły się różnie. Przypomnę dwa. W 2000 r. wicepremier Leszek Balcerowicz nie mógł dłużej znieść sytuacji, że w rządzie Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności jest dwóch premierów – nominalny Jerzy Buzek oraz szef bez teki Marian Krzaklewski. Dlatego przeforsował autentycznie dobrowolne wyjście UW z rządu, którego skutkiem było dosyć szybkie zniknięcie tej partii ze sceny, dodatkowo przyspieszone niewystawieniem kandydata w wyborach prezydenckich. Z kolei w 2003 r. premier Leszek Miller zdenerwował się niemożnością współpracy Sojuszu Lewicy Demokratycznej z Polskim Stronnictwem Ludowym i dosłownie z godziny na godzinę wyrzucił ludowców z rządu, przechodząc na formułę gabinetu mniejszościowego. Długo tak nie pociągnął, nieco odłożonym w czasie nieuchronnym następstwem była jego rezygnacja z premierostwa w 2004 r., a później w 2005 r. definitywna utrata władzy przez SLD.

Tamte wydarzenia przypominają, że koalicyjne pęknięcia zawsze uderzają we wszystkich uczestników starcia. W tym kontekście nadchodzące igrzyska zapowiadają się ciekawie. W Tokio znicz w niedzielę na pewno zgaśnie, natomiast w obozie władców spod znaku tzw. dobrej zmiany może tak rozgorzeć, że płomienia nie opanują.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane