Telewizja publiczna to nie tylko 19.30

Karol Jedliński
24-04-2006, 00:00

Dynamiczniej. Zmiana proporcji: więcej sprzedawać własnych programów. I formatów. Nie bać się przyszłości — hojnie łożyć na telewizję interaktywną. To fragmenty wizji TVP Piotra Gawła.

„Puls Biznesu”: Niedawno gościł pan na międzynarodowych targach mediów elektronicznych w Cannes. TVP proponowała to i owo. Ktoś poszedł w ślady Rosjan i kupił kolejną polską produkcję?

Piotr Gaweł, wiceprezes TVP: Pojechaliśmy tam, wiedząc, iż nasi wschodni sąsiedzi rozpoczęli emisję formatu „M jak miłość”. Okazało się, że rosyjski sukces tego serialu rzeczywiście odbił się echem w branży i to nie tylko w Europie. A w czasie targów spotkały nas przyjemne i obiecujące niespodzianki.

TVP podbija świat?!

Więcej skromności. Na razie — za dużo powiedziane. Ważne to, iż pokazujemy się na rynku nie tylko jako kupiec, ale także jako sprzedawca. Mamy coś do zaoferowania i nauczyliśmy się, jak to sprzedawać. Fakty? Po naszej konferencji w Cannes zainteresowanie formatem „M jak miłość” wyrazili Niemcy, Francuzi i Czesi. Irlandczycy chcą pokazywać ten serial w oryginale, dodając tylko anglojęzyczne napisy. Liczą na zainteresowanie także ponad stu tysięcy mieszkających tam Polaków.

Ale na razie mówimy raptem o jednym serialu.

Są oczywiście i inne przykłady. Japończycy i Turcy zapłacili po 40 tys. euro za znakomity serial dla dzieci „Magiczne drzewo”, autorstwa Andrzeja Maleszki. Pakiety bajek dla dzieci kupili także Irańczycy, Hiszpanie czy Włosi — w sumie za kilkadziesiąt tysięcy euro.

A coś dla dorosłych?

Bardzo ciekawym projektem jest serial przyrodniczy „Saga o prastarej puszczy” Bożeny i Jana Walencików. Kupnem praw do tej produkcji zainteresowany jest m.in. Discovery Channel. A to przecież stacja z najwyższej półki... Rozmawiamy też z przedstawicielami krajów Europy Środkowej i Wschodniej, którzy chcą u siebie emitować „Bulionerów” czy „Starą Baśń”. Film „Still alive”, opowiadający o Krzysztofie Kieślowskim, sprzedaliśmy m.in. do USA, Włoch i Francji.

Dotychczas to właśnie filmy Kieślowskiego były eksportowym hitem publicznej telewizji.

Kieślowski był niezwykły. Jego filmy to polskie historie, opowiedziane w uniwersalny sposób. „Dekalog” sprzedaliśmy do ponad 70 krajów. Włosi za prawa do tej serii zapłacili ostatnio 100 tys. euro. Ale ile można się tym chwalić? Praca, którą rozpoczęliśmy dwa lata temu, przynosi wymierne efekty. Sądzę, że przełomem był sukces „L kak lubow”.

Po raz pierwszy trafiliśmy z naszym formatem na duży i — wbrew pozorom — trudny i konkurencyjny rynek. W Rosji o prymat w czasie antenowym, w jakim jest emitowana „L kak lubow”, walczy sześć stacji telewizyjnych i wszystkie mają oglądalność na poziomie kilkunastu procent. O tej porze nie ma żadnych zagranicznych formatów — prócz jednego amerykańskiego. Kanał „Pierwyj”, decydując się na „M jak miłość” chciał umocnić swą pozycję w czasie antenowym 18.40-20. I to się udało! Mają oglądalność na poziomie 17,5 proc.

Może Rosjanie kupią coś więcej?

Zaczęli się uważniej przyglądać naszemu rynkowi i być może zdecydują się na nasze „formaty policyjne”, czyli „Oficera” lub „Glinę”. Rozmowy w toku.

Zapewne rozterek nie mają inne kraje kupujące prawa do filmu „Jan Paweł II” czy papieskich serii.

Film o pontyfikacie papieża powstał z naszym poważnym udziałem koprodukcyjnym. Choć w Polsce bywa krytykowany, to na świecie oglądają go miliony. Może scenariusz nie odpowiada całkowicie temu, co wydarzyło się naprawdę, zdarzają się uproszczenia i niezręczności, które rażą Polaków... Ale z drugiej strony: są tam polscy twórcy, aktorzy. Ten film — podróżując po świecie — mówi mnóstwo dobrego o naszym kraju. Taka koprodukcja daje szansę na produkt międzynarodowy (jednocześnie popularny, ale i wybitny), taki, który trafi do masowego widza. To także istotne doświadczenie dla wszystkich z TVP, którzy przy tym projekcie pracowali.

Będzie takich produkcji więcej?

Będzie. Najważniejszy jest sposób podejścia do projektu. Myśleć globalnie... Nieraz warto zainwestować więcej, aby potem więcej zys-kać. Mam tu na myśli korzystanie w produkcji z technologii high definition czy udział znanego, zagranicznego aktora. Wtedy potrzeba nawet dwa razy więcej pieniędzy. I pojawia się pytanie: czy można pozyskać te środki na przykład od partnera zza granicy i czy można, dzieląc się kosztami i zyskami, stworzyć polski produkt atrakcyjny nie tylko dla rodzimego widza.

Ale nasi telewidzowie wciąż gustują w produkcjach, które już kiedyś widzieli...

I to też staramy się wykorzystać. Wydaliśmy na DVD evergreeny: „Czterech pancernych i psa”, „Stawkę większą niż życie” czy Kabaret Tey. W zeszłym roku sprzedaż każdego z tych wydawnictw oscylowała wokół 30 tys. Złota kolekcja „Jan Paweł II — Pożegnanie” rozeszła się w ponad 20 tys. egz. W 2005 roku kupiono prawie 610 tys. nośników audiowizualnych wydanych przez TVP. A my wciąż porządkujemy nasze przepastne archiwa.

Wielkich skarbów chyba nie odkry- jecie.

Przez ostatnie lata majątek TVP bardzo szybko się dewaluował. Aby zatrzymać ten proces, zaczęliśmy regulować sprawy związane z prawami autorskimi, szczególnie te dotyczące muzyki poważnej. Na nią wciąż nie brakuje chętnych, choćby w Azji dobrze sprzedają się animacje do muzyki klasycznej, czyli Classical Music Videoclips. Mamy w zasobach mnóstwo cennych koncertów muzyki jazzowej i poważnej. Choćby Anderszewski grający Mozarta... Sprzedaliśmy do tego prawa na DVD i video on demand w Japonii: w sumie — za kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Do tego dojdzie procent z zysków ze sprzedaży płyt.

Ziarnko do ziarnka... Mrówcza robota.

Spektakularnych wydarzeń może i nie ma, ale nie na tym sztuka polega, by opierać całą sprzedaż na jednym hicie. Bo co będzie, jeśli on nie wypali? Budujemy zróżnicowaną ofertę, a tym samym — umacniamy pozycję w różnych segmentach.

I ile tego jest?

Ponad 300 pozycji można już zamówić w internecie. Stworzyliśmy tam platformę b2b, gdzie można pobrać klipy z naszych produkcji, kupić konkretne odcinki. Wśród naszych klientów jest irańska telewizja czy kablówka z Meksyku. Dlatego też pertraktujemy z internetowym potentatem Amazon.com, by zamieścił nasze interaktywne portfolio. Ostatnio jedno z amerykańskich wielkich studiów filmowych poprosiło o przesłanie trailerów „M jak miłość”.

Staramy się śledzić w wywiadach, jak pan realizuje swe plany, nakreślone jeszcze przed wyborem na wiceprezesa TVP. Taka weryfikacja obietnic. Wspominał pan wówczas także o nowych technologiach. Tu gołym okiem widać popularność waszej telewizji interaktywnej.

Rzeczywiście, a przecież iTVP to wciąż nieskończony projekt, zarówno pod kątem technologicznym jak i marketingowym. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Turynie wykorzystaliśmy webcasting, czyli transmisje niezależne od tego, co można było obejrzeć na ekranach telewizorów. 600 godzin przekazu na żywo na pięciu równoległych kanałach. Przez 17 dni pobrano 240 mln plików, a transmisja olimpijska była uruchamiana ponad 900 tys. razy. 16 proc. oglądających stanowiły osoby spoza Polski. Już teraz nasze strony internetowe www.tvp.pl i www.itvp.pl są w pierwszej dwudziestce najczęściej odwiedzanych witryn w Polsce. W zeszłą środę, po raz pierwszy na świecie, równocześnie w kinach i telewizji interaktywnej (w systemie video on demand) odbyła się premiera filmu kinowego — „Oda do radości”. To powód do dumy.

Adres www.iTVP.pl ma szanse stać się konkurencją wobec tradycyjnej telewizji?

Chcemy w ten pomysł inwestować, bo tego oczekują nasi widzowie, i to nie tylko ci młodsi. Udało się tę stronę tak dostosować, aby była i przyjazna użytkownikom, i profesjonalna. Teraz trzeba popracować nad treścią. A co w najbliższym czasie? Integracja iTVP z Ośrodkiem Nowe Media. Chcemy naszą technologię wykorzystywać całościowo, rozwijać ofertę programową tak, by była dostępna także za pomocą telefonów komórkowych. „M jak Miłość” na ekranie komórki? Dlaczego nie. Do tego dochodzą odpłatne transmisje internetowe, a produktów, choćby sportowych, nie zabraknie — co rusz są jakieś mistrzostwa świata lub Europy czy igrzyska olimpijskie.

Takie ofensywne plany przypominają działania telewizji komercyjnych.

Dobra telewizja publiczna to taka, która jest nowoczesna i się rozwija. Z roku na rok przychody z abonamentu spadają, więc tym bardziej ważne, by zarabiać także na tym, co się produkuje i ma w archiwach. Na razie i tak kupujemy 25 razy więcej, niż sprzedajemy. Ale jeszcze niedawno te proporcje wynosiły jak 1 do 100! W ostatnich latach nasze nakłady na programy wzrosły o ponad 300 mln zł — do 1,229 mld. Oczywiście nie można dziś zapominać o przychodach z tytułu reklamy. W latach 2004 i 2005, po trzech latach spadku, zaczęły rosnąć dynamicznie, łącznie o ponad 20 proc. —i to pomimo spadku oglądalności TVP1. Według mnie, TVP ma dwie drogi: stagnacja, czyli cofanie się, albo rozwój. I za którąś trzeba się opowiedzieć. Dla mnie głównym celem jest rozwój TVP — programowy i technologiczny.

Gdzie powinna więc zmierzać TVP Piotra Gawła?

To oczywiste: przede wszystkim położyć nacisk — i pieniądze na stół — na rozwój, na program: kreatywny i robiony na najwyższym profesjonalnym poziomie oraz — na nowe technologie. Inaczej TVP stanie się żyjącą z abonamentu, skostniałą strukturą co najwyżej z kilkunastoprocentową oglądalnością. Będzie wtedy stopniowo marginalizowana na rzecz prywatnych stacji i przestanie mieć istotne znaczenie dla widza i jego potrzeb co do informacji, edukacji, kultury czy rozrywki. W końcu podzieli los państwowych telewizji na Słowacji, w Czechach czy na Węgrzech — niewiele znaczących i niewiele wnoszących do kultury swoich krajów.

Po co komu silna telewizja publiczna? Czesi jakoś sobie bez niej radzą.

Jestem menedżerem — wynajętym, by dbać o majątek, który — niech będzie górnolotnie — jest własnocią Polaków. Głównym celem działań każdego zarządu musi być przecież budowanie wartości kierowanej spółki. Najlepszym na to sposobem jest pomnażanie jej intelektualnego, programowego i materialnego majątku. Poza tym nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy trwonić tak wielki potencjał, jaki ma telewizja publiczna dla polskiej kultury. Tendencje w zachodniej Europie są wyraźne: Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy wspierają publicznych nadawców. Widzowie chcą profesjonalnej, twórczej i nowoczesnej telewizji publicznej.

Szykuje się zmiana prezesa TVP... A pan taki rozluźniony. A przecież Piotr Gaweł to jeden z kandydatów na następcę Jana Dworaka.

Zgłosiłem akces, bo w TVP mam swój zakres zadań, którym się zajmuję, i uważam, że udało mi się sporo osiągnąć. Można oczywiście z tym dyskutować, ale bronią mnie wyniki. Z liczbami trudno polemizować. Dlatego właśnie chcę poddać się rzetelnej i uczciwej ocenie rady nadzorczej. Wydaje mi się, że to jedyna właściwa — profesjonalna droga.

No to jest decyzja. Niech pan już nie powtarza, że nikt pana nie przysznurował do fotela.

Rozstrzygnięcie, kto będzie kolejnym prezesem czy wiceprezesem odpowiedzialnym za marketing i reklamę, nie należy do mnie, a do rady nadzorczej. Ja, po ponad dwóch latach pracy, coraz bardziej jestem przekonany, że w TVP jest jeszcze wiele do zrobienia. I wiem, że telewizja publiczna to nie tylko 19.30... Choć ta godzina jest bardzo ważna dla wielu Polaków. Z drugiej strony: mam nadzieję, że w coraz trudniejszym otoczeniu konkurencyjnym, dynamicznie zmieniającym się świecie nowych technologii decydującą rolę będzie odgrywać profesjonalizm i jakość zarządzania oraz profesjonalni menedżerowie. Od jakiegoś czasu noszę się też z zamiarem napisania książki. To na wypadek, gdybym niedługo miał więcej czasu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Telewizja publiczna to nie tylko 19.30