Ten traktat nie jest wart referendum

Jacek Zalewski
opublikowano: 20-02-2008, 00:00

W biurze prasowym u stóp Kapitolu w Rzymie już podczas podpisywania u góry unijnego traktatu konstytucyjnego 29 października 2004 r. panowało przekonanie, że proces jego ratyfikacji może się posypać. Ówczesny komentarz zatytułowałem „Na razie górą jest Nicea”. W zupełnie innej atmosferze opuszczaliśmy 13 grudnia 2007 r. klasztor Hieronimitów w Lizbonie po traktacie reformującym. Wydaje się, że tym razem ratyfikacyjnych kłód nie rzuci Unii Europejskiej pod nogi nawet ortodoksyjna Irlandia, która jako jedyna nie odpuści referendum.

U nas ratyfikacja jest tzw. oczywistą oczywistością, rzecz jasna ścieżką parlamentarną. Tego typu umowa, przekazująca organowi międzynarodowemu niektóre kompetencje państwa, wymaga i w Sejmie, i w Senacie większości 2/3 głosów (liczonej od obecnych na sali). W obu izbach parlamentu nie ma praktycznie sił przeciwnych ratyfikacji, a wielcy antagoniści — Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość — przypisują sobie ojcostwo sukcesu. Przypomnijmy, że traktat podpisywali premier Donald Tusk z ministrem Radosławem Sikorskim, ale pod pańskim okiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który kilka zapisów traktuje niczym własną krwawicę.

Głosy domagające się w Polsce referendum ratyfikacyjnego nie mają żadnego sensu. Instytucję powszechnego głosowania należy chronić i rezerwować dla wydarzeń naprawdę znaczących, takich jakim było wejście Polski do UE. Traktat reformujący — eurosceptyków proszę o przyjęcie tego na wiarę — zaproszenia 30 mln dorosłych Polaków do urn wyborczych naprawdę godzien nie jest.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu