Terapia szokowa była niezbędna

Rozmawiał Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2014-04-07 00:00

Kilka błędów popełniliśmy, ale najważniejsze cele udało się osiągnąć — twierdzi Jerzy Osiatyński, współautor reform na początku transformacji.

ROZMOWA Z JERZYM OSIATYŃSKIM, WSPÓŁAUTOREM REFORM NA POCZĄTKU TRANSFORMACJI

Jerzy Osiatyński (FOT. ARC)
Jerzy Osiatyński (FOT. ARC)
None
None

„Puls Biznesu”: Jako minister w rządach Tadeusza Mazowieckiego i Hanny Suchockiej miał pan udział we wprowadzaniu wolnego rynku w Polsce dwie i pół dekady temu. Jak ocenia pan trafność tamtych decyzji?

Jerzy Osiatyński: Trzeba pamiętać, że nie mieliśmy wtedy wielkiego wyboru. Musieliśmy poradzić sobie z potężnym długiem zagranicznym — Polska była wtedy de facto bankrutem — oraz z koniecznością przywrócenia równowagi na rynku dóbr konsumpcyjnych.

Jednocześnie musieliśmy zbudować instytucjonalne i prawne podstawy gospodarki rynkowej. Zaproponowany w 1989 r. pakiet reform był próbą zmierzenia się przede wszystkim z tymi wyzwaniami. Przywrócenie równowagi wymagało działań szokowych, aby uniknąć długiego okresu wyniszczającej wysokiej inflacji. Ten cel został osiągnięty, chociaż kosztem, który — zdaniem wielu — był nieuzasadnienie wysoki. Niedoszacowano rozmiarów spadku produkcji i bezrobocia. Jednak, mimo różnych sporów, jesienią 1989 r. nikt z członków rządu i jego bezpośredniego zaplecza nie umiał przedstawić żadnej, istotnie różnej, alternatywy. Poza tym, posiedzenia rządu to nie seminaria naukowe i nie ma warunków do pogłębionej analizy bardziej oddalonych skutków działań. Trudno się więc dziwić, że nie uniknęliśmy błędów, także w obszarze reform strukturalnych, z natury długofalowych.

Jakich błędów?

Wydaje się, że dopuściliśmy do zbyt łatwej likwidacji części państwowych firm. Być może nie wszystkie z nich — np. z branży informatycznej czy tekstylnej — musiały upaść. Przyjęliśmy też błędne założenia dotyczące ścieżki inflacji. Przebiegła ona znacznie powyżej naszych prognoz i wróciła do niskiego poziomu później, niż zakładaliśmy. Za porażkę uważam również dokonania rządu w kwestii PGR-ów. Zbyt łatwo uznaliśmy, że ich pracowników można przekształcić w samodzielnych rolników. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, jak trudno będzie tym ludziom rozpocząć własną działalność i wejść w rolę prawdziwych gospodarzy. Wytworzyła się w ten sposób klasa ludzi zmarginalizowanych, mających poczucie doznanej krzywdy i beznadziei sytuacji, przez co ta grupa społeczna została dla rozwoju gospodarczego i społecznego stracona.

A jak ocenia pan całe ostatnie 25 lat?

To był udany okres polskiej gospodarki. Widać to chociażby po porównaniu Polski z innymi krajami w naszym regionie. W 1989 r. byliśmy jednym z biedniejszych państw pod względem wielkości PKB na mieszkańca. Dzisiaj sytuacja jest diametralnie odmienna, wyprzedza nas tylko garstka krajów regionu i dość znacznie odrobiliśmy zapóźnienie w stosunku do krajów Zachodu. Pod względem PKB na mieszkańca, eksportu czy produkcji naszego dorobku w tych latach nie mamy powodu się wstydzić.

Jakie są największe bolączki? Na których obszarach powinna skoncentrować się polityka rządu?

Ciągle dużej troski wymagają usługi publiczne, np. służba zdrowia czy edukacja. Musimy podnosić jakość tych usług oraz ułatwiać do nich dostęp. Dużym problemem jest też wysokie bezrobocie oraz stosunkowo duże rozwarstwienie dochodów, a także niska innowacyjność polskiej gospodarki i uzależnienie konkurencyjnej pozycji firm od niskich kosztów pracy. W tych obszarach potrzebne są zmiany, byśmy mogli dalej dynamicznie się rozwijać. Nie chodzi mi jednak o jakieś nowe „szokowe” reformy, do których nawołuje część ekonomistów i polityków, ale o mozolne poprawianie konkurencyjności polskiej gospodarki i zwiększanie możliwości finansów publicznych.