Antoni Stolarski wziął się do robienia kosiarek, mając tylko tokarkę. Po 22 latach jest jednym z największych producentów w Europie.
W 1984 roku większość Polaków wolała spokojną państwową posadę niż ryzyko „bycia na swoim”. Inżynier Antoni Stolarski przez 10 lat pracował w Stoczni Gdynia, potem w białostockim Instalu. Ale nie czuł się z tym dobrze.
— Nie realizowałem się, a pomysłów mi nie brakowało. Nie było mowy o dużym wpływie na podejmowane decyzje — wspomina Antoni Stolarski.
Zaryzykował i założył firmę SaMasz. Po dwumiesięcznej przygodzie z naprawą aut zajął się — za namową ojca — produkcją kopaczek do ziemniaków. Robił je w wynajętym garażu. Całe wyposażenie pożyczył od rodziny i znajomych.
— Brakowało wszystkiego, problemem było zdobycie choćby śrub czy nakrętek. Ale motywacją była „przebitka” — cena państwowej kopaczki wynosiła 140 tys. zł, a ja bez problemu sprzedawałem swoje po 210 tys. zł. Za dwie maszyny zrobione w ciągu miesiąca brałem więcej niż państwową pensję. To była ogromna zachęta do pracy — opowiada prezes Stolarski.
Strzał z kosiarki
W pierwszym roku SaMasz wyprodukował 15 kopaczek, dwa lata później już 90. Ale wtedy rynek zaczął się nimi nasycać, więc Antoni Stolarski wziął się za produkcję kosiarek, których rolnikom brakowało — i to był strzał w dziesiątkę.
— Można je było dostać tylko na przydziały — i to bardzo ograniczone. Dlatego popyt był ogromny — opowiada prezes Stolarski.
Nie było części i maszyn do produkcji, więc maluchem z przyczepą objeżdżał w ich poszukiwaniu prawie całą Polskę. Wstawał skoro świt i pokonywał często po kilkaset kilometrów dziennie.
— Straciłem trochę zdrowia, ale dzięki tym przejażdżkom znałem każdy sklep z artykułami metalowymi — wspomina Antoni Stolarski.
Dzięki dużemu popytowi produkcja rosła. W 1990 r. SaMasz złożył i sprzedał 200 sztuk, a cztery lata później już ponad 1400. Rosło zatrudnienie. W 1994 roku na powierzchni 500 mkw. pracowało już 180 osób.
— Sam nie wiem, jak oni się tam mieścili razem z maszynami. W sezonie, kiedy było dużo zamówień, większość pracowników wychodziła pracować na podwórko, tak było ciasno — opowiada prezes SaMaszu.
Powalczą we Francji
Dziś hale produkcyjne zajmują ponad 3 tys. mkw., a załoga liczy 270 osób. Firma ma największą w Polsce ofertę kosiarek — 29 modeli. Produkuje także inne maszyny rolnicze i części zamienne. Sprzedaje je poprzez sieć kilkudziesięciu dilerów — są dowożone bezpośrednio do odbiorców. Nad nowymi technologiami i typami maszyn pracuje 29 inżynierów i 38 techników.
— Odbierają uwagi i wskazówki rolników, dotyczące naszych urządzeń i je udoskonalają. Dzięki temu praktycznie wyeliminowaliśmy reklamacje. Modyfikujemy też maszyny zgodnie z życzeniami odbiorców z Europy i świata — wyjaśnia Andrzej Łapiński, dyrektor handlowy SaMaszu.
W ubiegłym roku firma pokonała próg 4 tys. sprzedanych maszyn. Białostockie kosiarki trafiają do ponad 30 krajów — największym powodzeniem cieszą się w Niemczech, Rosji, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, ale pracują także m.in. w Urugwaju, Japonii, Indiach i Nowej Zelandii. Teraz zdobywają Włochy i Francję.
— Szczególnie trudny jest ten drugi rynek. Francuzi są bardzo przywiązani do narodowych produktów. Będziemy jednak walczyli ceną i uznaną już jakością. To nasze atuty — stwierdza prezes Stolarski.
Twórczy niepokój
Wkrótce SaMasz ma produkować więcej maszyn dla dużych gospodarstw.
— Często widzę, jak rolnicy doczepiają do stukonnych ciągników najtańsze, małe kosiarki i męczą się z nimi, godzinami objeżdżając pole. Gdyby podczepili większą maszynę, obniżyliby jednostkowe koszty. Dlatego naszym celem jest produkcja maszyn wydajnych i mocnych, ale o stosunkowo niskiej cenie i tanich w eksploatacji — deklaruje Antoni Stolarski.
Ofensywę dużych kosiarek na rynkach zachodnich białostocka firma odkłada na później. Tam bowiem właściciele największych gospodarstw są przywiązani do maszyn rodzimych firm. SaMasz skupia się więc na razie na sprawdzonym już sektorze odbiorców z mniejszych i średnich gospodarstw. Choć przyjdzie też czas na największe.
Po 22 latach firma nadal się rozwija. Przez ostatnie cztery lata jej sprzedaż wzrosła prawie trzykrotnie. Co jest tajemnicą sukcesu?
— Inwestycje, samodoskonalenie i konsekwencja — odpowiada prezes Stolarski.
Uważa, że zarobione pieniądze należy od razu inwestować, inaczej się je przejada. Dlatego na inwestycje przeznacza po 800-900 tys. zł rocznie.
— I to daje efekty. Ale nie byłoby ich, gdyby nie twórczy niepokój. Zawsze może być lepiej, zawsze można coś ulepszyć. I naturalnie trzeba być konsekwentnym — wymienia Antoni Stolarski.
Okiem eksperta
Był prekursorem, jest potentatem
Sukces firmy SaMasz to doskonały przykład, że Podlasie stoi nie tylko rolnictwem, ale można tu praktycznie od zera stworzyć firmę produkcyjną na europejskim poziomie. Założyciel przedsiębiorstwa w odpowiednim momencie znalazł niszę i umiejętnie ją wykorzystał. Pan Stolarski postawił wszystko na jedną kartę — ale się opłaciło. Był prekursorem, a teraz jest rynkowym potentatem. W wielu branżach Podlasie wciąż stanowi pole do popisu.
Lech
Pilecki
prezes
Podlaskiego Klubu
Biznesu
