Terror zmienił styl zarządzania

Agnieszka Ostojska
opublikowano: 2001-11-16 00:00

Wobecnych warunkach niepewności rynkowej zmiany są dla firm chlebem powszednim. Są koniecznością, ale dostrzega się w nich również szanse. Według Rosabeth Moss Kanter, wykładowcy z Harvardu, na zmiany bardziej optymistycznym okiem patrzy się, gdy jest się na nie przygotowanym i współodpowiedzialnym.

Od kilku lat bardzo głośno mówi się o powszechnej globalizacji przedsiębiorstw. Wiadomo, że przodują w niej korporacje wywodzące się z USA, uważane szczególnie przez arabskich terrorystów za źródło wszelkiego zła. Myśli Pani, że tacy ludzie jak Osama bin Laden i zamachy przez niego finansowane są w stanie zablokować albo przynajmniej zahamować proces postępującej dominacji wielkich międzynarodowych korporacji w światowej gospodarce?

— Na pewno spowodują zwolnienie jego tempa. Lata 90. to era rozkwitu Internetu, który wywołał zjawisko globalizacji przedsiębiorstw. Zachwycaliśmy się nową rzeczywistością, powszechnym dostępem do informacji, szans jakie niesie ze sobą sieć itp. Okazało się jednak, że znaczenie tych zjawisk zostało wyolbrzymione. Akty terroru w USA z 11 września są dowodem na to, że nie wszyscy uczestniczą w procesach, które budzą w nas zachwyt.

I co w związku z tym?

— Właściwie od tamtego momentu, mówiąc o gospodarce światowej, nie powinno się już używać słowa globalizacja.

Dlaczego?

— Dlatego, że jest to bardziej westernizacja, bo uczestniczą w niej tylko państwa kultury zachodniej. Wracając do Internetu, to nie zastąpi on fizycznej rzeczywistości, rzeczywistością wirtualną. Może jednak spowodować wiele zmian.

Jakich?

— Zarówno przeceniona sieć, jak i ostatnie akty terroru w USA wywołują w zachodnich firmach niepewność, która skłoni je do większej elastyczności. Właśnie dlatego trudno obecnie mówić o strategii działania firmy. Nie ma czegoś takiego jak strategia. Przed przedsiębiorstwami stoją po prostu pewne cele. Środki, za pomocą których zostaną one osiągnięte, powinny być dobierane na bieżąco w zależności od sytuacji panującej na rynku. Takie zachowania nie mają nic wspólnego z myśleniem strategicznym, jest to po prostu szybka reakcja na zachowania rynku. To z kolei wymaga nieco innego niż dotychczas podejścia pracodawcy do pracowników.

Co ma Pani na myśli?

— Pracownicy powinni być bardziej niż kiedykolwiek otwarci na zmiany.

Ale zmiany w firmach zawsze są przyjmowane przez nich z obawą. Myśli Pani, że można spowodować, żeby pracownicy dostrzegali w nich szanse, a nie zagrożenia?

— Pracownicy to główny zasób nowoczesnej firmy, dlatego w czasie zmian powinni znajdować się w centrum uwagi. O tym, że zmiany budzą strach, powinni pamiętać przede wszystkim liderzy. Pracownicy chcą, aby ich wysłuchać. Chcą czynnie uczestniczyć w procesie. Jeżeli będą współtwórcami zmian, będą bardziej na nie otwarci. Pracownicy są skłonni do większych wyrzeczeń, niż się wydaje niejednemu szefowi. Ale są to w stanie zrobić tylko wtedy, kiedy czują się odpowiedzialni za wprowadzane zmiany. Dlatego niebagatelną funkcję ma tutaj do spełnienia menedżer.

To może i on powinien przejść jakąś metamorfozę?

— Charyzma, błyskotliwość, stanowczość i zdecydowanie to cechy, które będą obowiązywały menedżerów zawsze, niezależnie od postępu technicznego i tego, co się dzieje wokół. Ale do obecnie obowiązującego modelu oczywiście dodałabym kilka nowych cech.

Czyli jednak powinien się zmienić.

— Trochę tak. Współczesny menedżer musi być inspirujący i ciekawy. Co więcej, tymi cechami musi zarażać cały zespół. Proszę pamiętać, że przewaga firm na wolnym rynku polega na oryginalności pomysłów. Osoba kierująca ma za zadanie wydobycie ich od pracowników. Musi ich inspirować, zachęcać do kreatywności. Ważne, aby był również otwarty na nowości. Dzisiaj firmy działają w warunkach dużej niepewności. Dlatego współczesny menedżer powinien być osobą komunikatywną, potrafiącą w odpowiedni sposób przygotować swoich ludzi na zmiany i pokazać im ich dobrą stronę. Nie bez znaczenia są tutaj zdolności dyplomatyczne, ponieważ często przychodzi mu pracować z ludźmi, których nie kontroluje.

Polska jest w trakcie reform podstawowych systemów sterujących funkcjonowaniem organizacji państwowej. To są dla nas bardzo poważne zmiany. Mają też podłoże społeczno-gospodarcze, tylko że w skali lokalnej. Jakie, Pani zdaniem, kroki należy podjąć, żeby społeczeństwo było nastawione do nich w bardziej optymistyczny sposób i angażowało się w ten proces?

— No cóż, nie zawsze można mieć wpływ na odbiorców zmian. Na pewno społeczeństwo powinno mieć prawo do zabierania w tej kwestii głosu dopóty, dopóki to zaangażowanie nie spowalnia właściwego toru zmian. Często przy tego typu reformach podobnie jak w polityce jest więcej kłótni niż konkretnych działań. Tutaj potrzebne są organizacje na średnim i lokalnym poziomie. Nie można zapominać, że to właśnie one organizują ludzi.

Jakieś przykłady?

— W USA społeczeństwo angażuje się w sprawy edukacji między innymi dlatego, że oświata jest zarządzana lokalnie. Miejscowe instytucje, które wybiera się w sposób demokratyczny, sprawdzają się w takich sytuacjach idealnie. Potrzebne są spotkania z ludźmi, na których nie tylko się informuje, ale również słucha się uwag i sugestii. Ważne, aby inicjatywa wyszła od samych mieszkańców. Wbrew pozorom ludzie chcą czuć się odpowiedzialni. Wówczas łatwiej jest im zrozumieć, co się wokół nich dzieje. Obawa przed zmianą jest naturalnym odruchem ludzi. Jest poczytywana jako zagrożenie, gdy jest narzucona z góry. Wydaje się jednak łatwiejsza, gdy jest się jej współtwórcą. Sekret sukcesu w USA tkwi we własnej inicjatywie obywateli. Amerykanie potrzebują poczuć się odpowiedzialnymi. Dlatego takie ważne jest dla nich, aby widzieli efekty ich pracy. Być może niekiedy małe, ale świadczące o dobrym kierunku. To najbardziej motywuje do dalszego działania.

A co z Polakami?

— Problem Polaków tkwi właśnie w tym, że odwykli od angażowania się w procesy zachodzące w ich własnym kraju. Nie widzą w tym celu, a są przecież rzeczy, których państwo za nich nie zrobi.

Może przejawem takiej aktywności jest to, że coraz więcej polskich przedsiębiorstw wchodzi do sieci. Polacy sami z siebie zaczynają dbać o swój wizerunek w Internecie. Co Pani o tym myśli?

— Przede wszystkim chciałabym przestrzec polskie firmy przed popełnieniem podstawoweego błędu, związanego z obecnością podmiotów gospodarczych w Internecie. Otóż sieć nie może być uważana za jedyne, docelowe miejsce obecności firmy. Nie wolno zapominać, że Internet to tylko nowy kanał dystrybucji, który nie zastąpi wszystkich dotychczasowych. Przedsiębiorstwa powinny się zajmować przede wszystkim tym, co przynosi korzyści aktualnej działalności firmy. Obecność w sieci może przysporzyć nowych klientów, ułatwić komunikację z oddziałami i usprawnić sprzedaż. Ale to wszystko nie powinno odbiegać od głównej działalności firmy, lecz uzupełniać ją i doskonalić.

W takim razie, na czym powinna polegać ta internetowa ostrożność polskich firm?

— Wprowadzając Internet do działalności firmy, powinno zacząć się od eksperymentów na niewielką skalę. Trzeba poszukać miejsc w firmie, w których Internet może usprawnić pracę. Nie ma sensu wprowadzać go na siłę wszędzie, tylko dlatego, że tak zrobił ktoś inny. Sieć należy wprowadzać do użytku powoli, dział po dziale. W ten sposób jest szansa na minimalizację ewentualnych strat. Dzięki temu uczymy się na własnych błędach minimalnym kosztem. Panuje dość powszechny stereotyp, że w Internecie można zarobić olbrzymie pieniądze. Sieć to nie miejsce na robienie pieniędzy. Niewiele firm ma na to szanse, a większość z nich już dawno jest na rynku. Internet jest tylko narzędziem usprawniającym dotychczasową działalność.

Rozmawiała

Agnieszka Ostojska

Dr Rosabeth Moss Kanter z Harvard Business School jest uznawana za jednego z najwybitniej-szych na świecie wykładowców i konsultantów do spraw strategii, zarządzania zmianami oraz e-culture. Jej oficjalny tytuł akademicki to Ernest L. Arbuckle Professor of Business Administration. W swej karierze była doradcą takich wielkich korporacji, jak IBM, General Motors, Novartis, NatWest, Volvo oraz rządów i agencji rządowych wielu państw. Brytyjski dziennik „The Time” uznał ją za jedną z 50 najbardziej wpływowych kobiet na świecie. Jest autorką ponad 300 artykułów i 15 książek. Do Polski przyjechała w ramach jesiennej edycji „inkuBATora wiedzy”.