To był rok kaczki

Drobiowa nisza dostała przyspieszenia, a interesują się nią giganci. Oby nie skończyło się krwawą walką cenową, jak w przypadku kurczaka

Wykorzystaliśmy szansę i zdobytych udziałów już nie wypuścimy z rąk. To mógł być ciekawy biznes, ale już pojawiło się za dużo, a ponadto zbyt dużych, firm. To rynek, który dopiero się rozwija i może osiągnąć poziom masowy, o co zadbają m.in. Azjaci inwestujący w polską spożywkę. To sensowna dywersyfikacja, ale nic więcej. To tylko niektóre z opinii o dynamicznie rosnącej produkcji... kaczek. Traktowane jako drób alternatywny, czyli hodowany na małą skalę, w przeciwieństwie do bijącego ogromne rekordy kurczaka, coraz szerzej przebijają się w handlu krajowym i eksporcie.

To nie przypadek

O tym, jak mocno kaczka próbuje wydeptać sobie ścieżkę do talerza, świadczą dane dotyczące wylęgów piskląt i niesamowite przyspieszenie w ostatnich miesiąch.

— Porównując pierwszych siedem miesięcy 2018 r. do analogicznego okresu 2017 r., zanotowaliśmy spadek produkcji o ponad 7 proc. Po sierpniu został on zredukowany do 3 proc., a po wrześniu przerodził się w ponad 3-procentowy wzrost. Po październiku wzrost wynosił już niemal 10 proc., a po listopadzie 2018 r. doszedł do 13,6 proc. — mówi Katarzyna Gawrońska z Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz (KIPDiP).

Mariusz Szymyślik, dyrektor KIPDiP, twierdzi, że to nie przypadek.

— Trend wzrostowy obserwujemy od lat, ale to w ostatnich dwóch latach nastąpiło prawdziwe przyspieszenie. Jeszcze w 2008 r. byliśmy szóstym wytwórcą kaczego mięsa w Europie, a już od pewnego czasu trzymamy się trójce największych. Lider, czyli Francuzi, pozostają poza naszym zasięgiem, ale zbliżyliśmy się do Węgrów, czyli numeru dwa. Oba kraje ucierpiały z powodu ptasiej grypy, wzrosło więc zapotrzebowanie na to mięso m.in. z Polski, a nasi producenci dostosowali się, zwiększając poziom produkcji. Należy więc przypuszczać, że część słynnych francuskich pasztetów powstało właśnie z polskiego mięsa — twierdzi Mariusz Szymyślik.

Sęk w tym, że i Francja, i Węgry już się pozbierały po chorobie i odbudowały stada.

— Wyniki minionego roku świadczą o tym, że polscy producenci wierzą w przyszłość tego mięsa. Najwyraźniej w części miejsc, w których pojawili się z powodu ptasiej grypy we Francji i na Węgrzech, się utrzymali. Mięso z Polski jest porównywalnej jakości do francuskiego, a ponadto jest tańsze. To jest solidny argument — przekonuje Mariusz Szymyślik.

Od stycznia do października 2018 r. polskie firmy sprzedały na zagraniczne rynki 16,4 tys. ton mięsa, co oznacza wzrost o 6,3 proc. wobec takiego samego okresu 2017 r. i o 25 proc. wobec 2016 r.

— Co ważne, nic nie wskazuje na to, aby trend się odwrócił. Potwierdzają to chociażby dane o wylęgach piskląt i nakładach jaj wylęgowych. Z analiz eksportu w ciągu ostatnich kilku lat wynika, że ten segment rynku ma znaczne możliwości rozwoju, co już od dłuższego czasu wykorzystują pionierzy rynku — twierdzi Katarzyna Gawrońska.

Kolejni debiutanci

Niedawno głośny debiut zapowiedział krajowy gigant — Cedrob. W rozmowie z „PB” w połowie ubiegłego roku Andrzej Goździkowski, prezes Cedrobu, zapowiadał, że jego firma chce podwoić polski wynik produkcyjny, tzn. w perspektywie 5-7 lat dołożyć 70 tys. ton mięsa z kaczki. Rynek spekuluje, że do wejścia w tę kategorię szykuje się SuperDrob. O sondowaniu rynku przez spółkę usłyszeliśmy w trzech miejscach. SuperDrob nie chciał komentować sprawy. Wiadomo, że od początku 2017 r. ma udziałowca w postaci giganta z Tajlandii — Charoen Pokphand Foods — i mocne plany inwestycyjne.

— Wbrew pozorom bariera wejścia w ten segment nie jest mała — wymaga od przetwórcy wyspecjalizowanej linii produkcyjnej. Ponadto jest to branża, która przez lata była mocno rozchwiana — mięsa albo brakowało, albo było go za dużo. Ciekawe jest natomiast postrzeganie kaczki na rynkach azjatyckich, gdzie często jest produktem bardziej masowym niż kurczak. W Chinach np. spotkałem się ze stwierdzeniem, że kaczkę można wyprodukować taniej. Wraz z napływem inwestorów azjatyckich może też nastąpić bardziej życzliwe spojrzenie na rozwój produkcji tego mięsa w Europie, a oni mogą dojść do przekonania, że produkcja i konsumpcja tego mięsa także tutaj może osiągnąć dużą skalę — mówi Piotr Kulikowski, szef Indykpolu.

Zarządzana przez niego spółka nie będzie dywersyfikować portfela o kaczkę.

— Jesteśmy specjalistami od indyka. Choć kaczka może być interesującym kierunkiem, to jest to jeszcze dość płytki rynek. Jeśli natomiast zechce na nim zawitać wielu drobiarskich graczy, to możemy mieć do czynienia z tak krwawą walką cenową, jak w przypadku kurczaka — dodaje Piotr Kulikowski.

Jeden z menedżerów obecny w branży kaczego mięsa od lat, przyznaje, że już się zrobił problem.

— W Europie jest ogromna nadprodukcja. Co zrobimy z tą rosnącą podażą mięsa — pyta nasz rozmówca.

Odbiorcami naszego mięsa kaczego byli do tej pory Niemcy i Francuzi — w zeszłym roku trafiło tam 60 proc. eksportu.

— Naszym zdaniem, hitem rynkowym jest jednak Hongkong. Mimo że wolumenowo sprzedaż odbiega od popytu kluczowych klientów, to wykazuje wyraźną tendencję wzrostową — przez dziesięć miesięcy 2018 r. Hongkong kupił już 1,2 tys. ton mięsa kaczego, czyli znacznie więcej niż przez cały 2017 r. Udział tego rynku w eksporcie ogółem zbliżył się do 10 proc. Na rynku azjatyckim popularnością cieszą, m.in.: skrzydła, nogi, wątróbki i inne podroby. Hongkong jest obecnie trzecim odbiorcą kaczek z Polski. Od lipca 2018 r. realizowana jest też regularna miesięczna wysyłka mięsa kaczego do Wietnamu — mówi Katarzyna Gawrońska. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu