Stworzyliśmy giełdowy alfabet 2008 r. Zdominowały go hasła, których nie chcielibyśmy zobaczyć w zestawieniu za rok.
Ostatnie 12 miesięcy na długo pozostanie w pamięci inwestorów. Niestety, głównie z powodu wydarzeń, które z wolnym i efektywnym rynkiem nie mają wiele wspólnego.
W pierwszej połowie roku na warszawskiej giełdzie strach przed pogłębiającymi się spadkami mieszał się z nadzieją na rychłe odbicie, podsycaną przez analityków i zarządzających patrzących przez różowe okulary. W drugim półroczu zaś uwaga inwestorów skupiła się na wydarzeniach, których przebiegiem zainteresowały się: nadzór rynkowy, prokuratura, a nawet Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Pojawiły się podejrzenia o manipulację, nie brakowało ewidentnych przypadków wykorzystania informacji poufnych (niestety, zwykle trudnych do udowodnienia). Wreszcie — z powodu dynamicznego osłabienie złotego wiele firm utopiło swoje zyski w nieprzemyślanych transakcjach opcyjnych.
Był to też rok pogarszających się wyników finansowych i rosnącego zadłużenia przedsiębiorstw, a także nasilających się obaw o koniunkturę gospodarczą. To przełożyło się na zmiany w rekomendacjach i raportach analityków i ekonomistów. Pojawiły się kontrowersyjne rekomendacje i prognozy dla polskich spółek oraz gospodarki. Zmienność na rynkach znacząco wzrosła. Gdy uspokoiły się giełdy, na jaw wyszły straty polskich firm na opcjach walutowych, a kurs złotego zaczął zachowywać się tak jak na początku transformacji.
W mijającym roku znaleźli się na cenzurowanym, bo ktoś musiał zostać kozłem ofiarnym. Niektórzy sobie zresztą na to zasłużyli. To ci, którzy konsekwentnie nie mogli się pogodzić z trendem spadkowym i wmawiali zdezorientowanym inwestorom, że kryzys ominie Polskę, a ceny akcji za chwilę znów będą rosły.
Patrząc na WIG, formalnie rozpoczęła się 7 stycznia 2008 r. Od szczytu z 6 lipca 2007 r. z 67 568 pkt indeks spadł już o około 60 proc.
Na GPW działy się najczęściej w ostatniej fazie sesji. Najbardziej zapamiętany będzie kilkuprocentowy wzrost WIG20 na finiszu notowań 12 listopada. Patrz też hasła na "K" i "M".
Miało być ich 70, a skończyło się na 32, w tym kilku, których nie poprzedzono emisjami akcji. Rok 2009 nie zapowiada się lepiej.
75 proc. w dół: IZNS, którym zarządza Jacek Nowicki, to najbardziej pechowy debiutant. Akcje spółki straciły na premierowej sesji aż 75 proc.
W planach była Lublana i Praga, ale w wyścigu o tę pierwszą z giełd lepsi okazali się Austriacy, a na tej drugiej nikt wysłanników z Warszawy nie chce. Skończyło się na umowie o współpracy z największą na Ukrainie giełdą PFTS. Z zagranicznych spółek na GPW zadebiutowały w 2008 r. Atlas Estates, Belvedere i NWR.
Jednostki uczestnictwa w większości TFI konsekwentnie traciły na wartości przez cały rok. Fundusze traciły więc klientów (10 proc. przez trzy kwartały 2008 r.), a niektóre — jak SEB2 — także zaufanie.
Na początku roku akcji z ceną poniżej 1 zł było jedenaście. Pod koniec roku — już 40, w tym takie kwiatki, jak Mewa, Fon i Elkop, za które płaci się 1 grosz. Niektórzy pewnie żałują, że niżej już się nie da.
Miała trwać, a spadki na początku określano mianem korekty.
W grudniu do sądu trafił akt oskarżenia w sprawie trzech współpracowników Romana Karkosika, którzy wykorzystali informację poufną, by dwa lata temu zarobić na przejęciu jednego z NFI przez znanego inwestora. Teraz drżeć powinni ci, którzy w 2008 r. wiedzieli wcześniej o m.in. stratach na opcjach spółek giełdowych, a także gorszych od oczekiwań wynikach PGNiG.
Główny sprawca jesiennej zawieruchy na warszawskiej giełdzie. KNF wskazała, że z tego banku wyszły zlecenia, które podbiły WIG20 na finiszu sesji z 12 listopada. Zapamiętany będzie również z nerwowych posunięć, gdy "PB" ujawnił zaskakującą prognozę banku dla kursu EUR/PLN (2,81 zł na koniec 2009 r.).
W 2008 roku miała pełne ręce roboty. Najpierw pouczała banki, ile, komu i na jakich warunkach powinny pożyczać. Później badała, czy instytucje finansowe nie padną na kolana tak, jak ich zagraniczni partnerzy. Wreszcie — jesienią — zajmowała się wybrykami banku JP Morgan i konsekwencjami feralnych opcji walutowych.
Pamiętacie jeszcze, o co chodziło? Zamieszania było sporo, ostatecznie skończyło się na burzy w szklance wody. Lista alertów dziś mało kogo obchodzi.
Mówiło się o niej w odniesieniu do tego, co dzieje się na rynku walutowym i na warszawskiej giełdzie. Sprawa stała się tak głośna, że zajęła się nią nawet Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Rynek, który mimo dużej promocji na razie nie przekonał do siebie wielu inwestorów. Przyciągnął za to wiele spółek. To na pewno sukces rynku alternatywnego. Problemem jest płynność.
Wydrenowały z giełdowych spółek grube miliony złotych. Ile ostatecznie — okaże się w ciągu najbliższego roku-dwóch, bo jeszcze przez taki okres będzie rozliczana większość instrumentów kupionych lub sprzedanych przez firmy w czasie, kiedy złoty bił rekordy mocy.
Najczęściej się nie sprawdzały. Ale nadal nie brakuje chętnych, by je sporządzać.
Już na początku roku za baryłkę "czarnego złota" płacono ponad 90 USD. Cena rosła do połowy lipca, gdy przekroczyła 145 USD. I choć analitycy podbijali stawkę, prognozując wzrost nawet do 200 USD za baryłkę, groźba spowolnienia gospodarczego i pęknięcie spekulacyjnego balona zepchnęły cenę surowca poniżej 40 USD.
To był bardzo trudny rok dla prezesa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Mocne zjazdy odstraszyły wielu indywidualnych inwestorów. Obroty pod koniec roku gasły. W ostatnich miesiącach roku handel małymi i średnimi spółkami prawie stanął, a dużymi często handlowano tylko po to, by załatwiać interesy na rynku kontraktów terminowych. Główne zadanie na przyszły rok to przekonać inwestorów do powrotu. Może znów warto przeprowadzić kampanię "Nie myśl o wszystkim jako grze, inwestuj". Znamy ją z początku roku. Pomysł był świetny, ale do wystraszonych inwestorów trudno było dotrzeć.
Ten przymiotnik zrobił furorę najpierw przy określaniu aktywów amerykańskich i dużych europejskich banków, które inwestowały w papiery zabezpieczone — jak się okazało — bezwartościowymi hipotekami. Skala strat: setki miliardów dolarów. Z kolei na rodzimym rynku zaczęto mówić o toksycznych opcjach. Skala zjawiska: nawet kilka miliardów złotych.
Analitycy tego biura zebrali gromy za kontrowersyjną rekomendację "sprzedaj" dla Grupy Lotos, którą wycenili na zero i uznali, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że spółka nie przetrwa w obecnej strukturze. Sprawą zajęła się Komisja Nadzoru Finansowego, a larum podnieśli przedstawiciele rządu i parlamentu. Dziś akcje Lotosu kosztują około 12 zł.
Po rajdzie w pierwszej połowie roku (kurs euro spadł poniżej 3,20 zł, a dolara do 2 zł), złoty wpadł w turbulencje i zaczął pikować, wpędzając w kłopoty nie tylko kredytobiorców, ale i — paradoksalnie — eksporterów (patrz: opcje walutowe).
Inwestorzy coraz większą uwagę muszą zwracać na stan zobowiązań firm, bo kilka z nich zasygnalizowało już możliwość wystąpienia problemów z płynnością finansową. Bankructw — na szczęście
Kamil Zatoński