Środowe załamanie na rynku kontraktów terminowych było wynikiem manipulacji.
Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (KPWiG) ujawniła kulisy ubiegłotygodniowego zamieszania na rynku kontraktów terminowych. Jej zdaniem, nie był to wynik błędu. Podejrzenia padły na dwóch pracowników BDM PKO BP, z którego wyszły „błędne” zlecenia, i na inwestora — spółkę zarejestrowaną na Wyspach Dziewiczych. Ten ostatni na wahaniach zarobił ponad 2,5 mln zł.
— Zawiadomiliśmy Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego o podejrzeniu prania brudnych pieniędzy. Na nasz wniosek Generalny Inspektor Informacji Finansowej zablokował także rachunek inwestora, który najwięcej zarobił w ciągu feralnych 3 minut — mówi Jacek Socha, przewodniczący KPWiG.
4 lutego o godz. 15.16 gwałtownie spadł kurs kontraktu na WIG20 (o 6,6 proc., do 1526 pkt). Z BDM PKO BP złożono bowiem zlecenie sprzedaży 4 tys. kontraktów po każdej cenie (PKC). Kilka sekund później doszło do odwrócenia trendu — w arkuszu zleceń pojawiło się zlecenie kupna 4 tys. kontraktów PKC. Wywindowało to kurs do 1788 pkt.
Okazuje się, że zlecenia wprowadzał pracownik biura, który nie ma licencji maklerskiej. Dostęp do systemu Warset (obsługującego zlecenia) umożliwił mu Bartosz Janczy, makler BDM.
— Został za to zawieszony na pół roku, grozi mu także utrata licencji — mówi Jacek Socha.
Na niefrasobliwości swojego pracownika BDM stracił 3,8 mln zł. Biuro musi bowiem pokryć stratę inwestora, z którego rachunku złożono „błędne” zlecenie. 306 innych inwestorów poniosło łącznie 1,6 mln zł strat. Część z nich zapowiada złożenie pozwu przeciwko brokerowi o odszkodowanie. W ich interesie działa już Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych.