Będą zmiany w budżecie. PiS dopuszcza wzrost inflacji, która pozwoliłaby planować wyższe dochody. Dla PO dochody już są przeszacowane.
Rząd przyjął wczoraj projekt budżetu na 2006 r. z deficytem 32,6 mld zł. Jak tłumaczył premier Marek Belka, zakłada on przyspieszenie wzrostu gospodarczego i wzrost zatrudnienia. Pozwala też na zaspokojenie podstawowych potrzeb funkcjonowania państwa i właściwe współfinansowanie inwestycji ze środków unijnych.
Punkty widzenia
— Kryzysu w finansach publicznych nie widzę. W 2008 r. bez trudu wypełnimy kryterium 3-proc. deficytu sektora finansów publicznych w stosunku do PKB. To kryterium przestanie być problemem, dla którego mielibyśmy się wstrzymywać przed wejściem do unii monetarnej — powiedział premier.
Tymczasem partii, która wygrała wybory, wcale do strefy euro niespieszno. Poza tym zwycięzcy wyborów chcą zmienić projekt ustawy zaakceptowany wczoraj przez rząd.
— To budżet stagnacji. Zgłosimy autopoprawkę, którą teraz przedstawimy PO — zapowiedział Kazimierz Marcinkiewicz z PiS.
Tajemnicze zmiany
— Mam nadzieję, że poprawką nie będzie podnoszenie projektowanych wpływów budżetowych i w ten sposób redukowanie deficytu — mówił Marek Belka.
Jego obawy nie były pozbawione podstaw.
Jak tłumaczył Kazimierz Marcinkiewicz, w budżecie nastąpią przesunięcia, które pozwolą wydobyć środki na inwestycje drogowe i kolejowe, a także na uzyskiwanie środków z UE. Nie zdradził jednak szczegółów. Stwierdził, że najpierw trzeba je przedyskutować z PO.
O pewnych konkretnych pomysłach PiS opowiedział „PB” Artur Zawisza. Partia chciałaby, by deficyt ograniczyć do 30 mld zł.
— Oszczędności dotyczyć będą głównie administracji. Osiągniemy to dzięki likwidacji niektórych instytucji. Niestety, w tym roku nie uda się wprowadzić radykalnych zmian w podatkach — tłumaczy poseł PiS.
Nie wyklucza jednak wzrostu dochodów w stosunku do planowanych przez obecny rząd, dzięki wprowadzeniu częściowych zmian podatkowych.
— O skali będziemy mogli mówić dopiero po naszych rozmowach z PO — dodaje poseł PiS.
Nie w tę stronę
Tymczasem PO, która też przygotowuje autopoprawkę do budżetu, o podnoszeniu dochodów nie myśli. Wręcz przeciwnie.
— To nie wchodzi w grę. Minister Gronicki i tak zaplanował na przyszły rok zbyt optymistyczne wpływy z podatków — uważa Zbigniew Chlebowski z PO.
Jego zdaniem, niepokojący jest też 4-proc. realny wzrost wydatków.
Według projektu budżetu dochody z podatków wzrosną w przyszłym roku o blisko 15,8 mld zł — do 172,6 mld zł, czyli o ponad 10 proc. w stosunku do planowanego na ten rok wykonania.
Dla PiS to jednak za mało. Choć rządowa prognoza inflacji średniorocznej na poziomie 1,5 proc. wydaje się jej przedstawicielom racjonalna, zwracają uwagę na zapisane w programie PiS dążenie do obniżania stóp procentowych.
— Redukcja stóp oznaczałaby rozkręcenie koniunktury gospodarczej, a także wzrost inflacji. A wyższa inflacja pozwalałaby prognozować wyższe dochody budżetu — uważa Artur Zawisza.
Zdaniem Marcina Mroza, głównego ekonomisty Societe Generale (SG), to zły pomysł.
— Są luki w takim rozumowaniu. Decyzje RPP działają z opóźnieniem wynoszącym od czterech do sześciu kwartałów. Toteż nawet przy dużym poluzowaniu polityki monetarnej efekty byłyby widoczne najwcześniej pod koniec roku, więc nie miałoby to znacznego wpływu na średnioroczną inflację, a zatem także na dochody — tłumaczy ekonomista SG.
Poza tym na razie redukcja stóp procentowych leży w gestii Rady Polityki Pieniężnej. Wprawdzie PiS chce ją zlikwidować, jednak jest to mało prawdopodobne, gdyż wymagałoby zmian w konstytucji. PO jest za utrzymaniem RPP.