Na ostatniej sesji indeksy GPW nieznacznie straciły na wartości po czwartkowym rajdzie w górę. Analitycy mają wątpliwości, czy to początek gry „pod Unię”.
Rynek akcji budzi się z marazmu. Pytanie tylko, czy na chwilę, czy może dojdzie do minihossy, jaką przeżyła giełda w Budapeszcie przed referendum, wygranym przez zwolenników Unii Europejskiej. Zdania analityków są podzielone.
Nie ma wątpliwości, że do Polski wrócił kapitał zagraniczny. Problem w tym, że od ponad roku wielcy gracze wchodzą na polski rynek tylko na moment, by zaraz z niego uciec. Część giełdowych specjalistów twierdzi, że teraz zostaną na dłużej, a podbijane przez nich ceny doprowadzą indeks WIG20 ponad poziom 1200 pkt, a WIG ponad 15,5 tys pkt. Inni twierdzą, że wielki kapitał wyjdzie z Polski po kilku sesjach, pozostawiając polskich inwestorów z akcjami w ręku.
Obroty na ostatnich sesjach były imponujące. W środę handel w notowaniach ciągłych podliczono na 590 mln zł. To najlepszy wynik w tym roku. Wczoraj wyniosły prawie 300 mln zł — to trzeci wynik licząc od początku kwietnia.
Czwartkowa sesja była bardzo nerwowa. Inwestorzy kupowali głównie akcje największych i najbardziej płynnych spółek. Największe obroty zanotowano akcjami TP SA i PKN Orlen — odpowiednio 92 i 78 mln zł. Takiej wymiany akcji, nie licząc środowej sesji, nie widziano na GPW od wielu miesięcy. Wszystko to oznacza, że zagraniczni gracze nadal testują, jak wysoko uda się podbić polski rynek akcji.
— Dzisiejsza sesja też będzie bardzo nerwowa. W grę wchodzą nawet kilkuprocentowe wahania cen akcji — zapowiada Piotr Kuczyński, analityk „Pulsu Biznesu”.