Sprawa resztówek, czyli pozostających w rękach ministra skarbu państwa akcji sprywatyzowanych w jakiejkolwiek formie spółek, jest tak stara, jak stara jest prywatyzacja. Równie stara jest historia poszukiwania pomysłu na kompleksowe rozwiązanie problemu racjonalnego zarządzania tymi akcjami, które stanowią już przecież bardzo realną i bardzo pokaźną wartość (4 mld złotych).
Przez wiele lat ministerstwo, na styku z bankiem depozytariuszem tych akcji, miało poważne problemy z... policzeniem pozostających w jego rękach papierów. Różnice nie były może istotne, ale tu chodzi o pieniądze, więc wszystko musi się zgadzać co do sztuki. Mnogość dysponentów w gmachu ministerstwa powodowała, że jeden rozdawał akcje, a drugi je liczył. I nie mógł się, co oczywiste, doliczyć. O polityce wobec resztówek jako sumy pewnych praw nie mogło być więc mowy. Wielokrotnie przymierzano się, przynajmniej werbalnie, do stworzenia „funduszu resztówkowego”, ale nigdy prace nad nim nie wyszły poza studia teoretyczne.
Rychła decyzja ministerstwa skarbu państwa o przekazaniu resztówek Bankowi Gospodarstwa Krajowego zdawałaby się świadczyć, iż dokonał się istotny postęp, bo resztówki, chyba, zostały chociaż policzone. Bo, przecież trzeba wiedzieć, co się daje i co się przyjmuje. Ale to aż tyle i tylko tyle. Bo to, gdzie będą te akcje zaparkowane, z punktu widzenia innych uczestników rynku kapitałowego, ma znaczenie drugorzędne. Znacznie ważniejsza jest strategia, jaką bank wobec tych papierów będzie realizował. A o niej dalej nic nie wiemy. Postęp więc jakiś jest. Na szczegóły przyjdzie nam poczekać.