Od rekordowo niskich poziomów na wiosnę 2009 główne indeksy giełdowe wzrosły kilkadziesiąt procent. Pierwsza fala wzrostów na giełdach była bardzo dynamiczna i zakończyła się w maju. Druga fala wzrostowa była znacznie dłuższa i trwała od połowy lipca 2009 do połowy stycznia bieżącego roku ze słabnącym jednak impetem w jej końcowej fazie. Wzrosty na rynkach akcji w drugiej fazie napędzane były napływem często dobrych, ale antycypowanych już w pierwszej fali, „twardych danych” z realnych gospodarek. Ignorowane natomiast były kwestie narastającego na świecie ryzyka kredytowego (efekt zbytniej ekspansji kredytowej – przypadek Dubaju), czy wzrastających w galopującym tempie deficytów budżetowych (przypadek Grecji).
Po jeszcze niewielkim „efekcie stycznia” , inwestorzy na rynkach akcji otrząsnęli się jednak z błogiego letargu i zaczęli dostrzegać coraz więcej ryzyk kłębiących się nad rynkami finansowymi. Przede wszystkim coraz częściej zaczęło się mówić o wycofywaniu się banków centralnych z „ilościowego wspomagania” gospodarek (FED, Bank Anglii, wcześniej EBC), co było dotychczas jednym z głównych powodów wzrostów na rynkach akcji. Sygnały schładzania akcji kredytowej napłynęły także z Chin (podwyżka rezerwy obowiązkowej). Perspektywa ratingu kredytowego została zmieniona na gorszą nawet w przypadku Japonii, a z państw Eurolandu, obok Grecji, ryzyko obniżek ratingu wisi nad Portugalią, Hiszpanią, Włochami i Irlandią.
Tymczasem odbicie koniunktury w państwach silnie stymulowanych aktywną
polityką fiskalną, poza USA, jest rachityczne. Rynek nagle powiedział
„sprawdzam”, a okazało się, że posiadacze akcji wcale nie mają w rękach
najsilniejszych kart. Kulminacja panicznych emocji na rynkach akcji w dwóch
ostatnich dniach stwarza pole do ewentualnego ruchu wzrostowego w przyszłym
tygodniu, jednak patrząc na rynek w dłuższej perspektywie, jest mało
prawdopodobne, aby w pół miesiąca zakończyła się korekta trwającego blisko rok
dynamicznego ruchu wzrostowego.