W ciągu 10 lat działalności Krajowej Izby Biegłych Rewidentów prawa wykonywania zawodu pozbawiono tylko jedną osobę. Piotr Rojek, szef KIBR, mówi, że to normalne, gdyż polskie prawo daje mniejsze możliwości nadużyć w porównaniu choćby z amerykańskim.
„PB”: Ile razy w ciągu ostatnich lat działalności KIBR zdarzyło się, aby biegły rewident działał niezgodnie z prawem lub tuszował pewne sprawy na korzyść firmy?
Piotr Rojek: W ciągu trzech lat do rzecznika dyscyplinarnego wpłynęło ponad 500 wniosków o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego, z czego ponad 100 zakończyło się aktem obwinienia, skierowanym do sądu dyscyplinarnego. W ponad 90 przypadkach sąd orzekł o winie, skazując 52 osoby na karę upomnienia, 16 — na karę nagany i jedną osobę — na karę zawieszenia w czynnościach wykonywania zawodu. Na najwyższy wymiar kary, czyli wydalenie z samorządu rewidentów, skazano w 10-letniej historii KIBR tylko jedną osobę.
Czy fakt, że przez 10 lat tylko jedną osobę pozbawiono prawa wykonywania zawodu, świadczy, że pozostali są nieskazitelni? Jak wygląda polski system kontroli biegłych rewidentów?
— W czerwcu, na ostatnim zjeździe KIBR, wybrano Krajową Komisję Nadzoru. Doszło do tego wskutek nowelizacji w 2000 roku ustawy o biegłych rewidentach i ich samorządzie. Komisja ma sprawdzać, czy audytor wypełnił w trakcie audytu wszystkie normy wykonywania zawodu. Należy jednak pamiętać, że komisja bada jedynie, czy to, co biegły napisał w opinii, ma uzasadnienie w dostarczonej mu dokumentacji.
Czyli nie jesteście w stanie wykryć przestępstw takich, jakie ostatnio miały miejsce w Stanach Zjednoczonych?
— Biegły rewident orzeka tylko o tym, co ujawni zarząd firmy, który składa oświadczenie, że przedstawił wszystkie dokumenty. Audytor nie ma możliwości dotarcia do innych informacji. W takim przypadku odpowiedzialność za poświadczenie nieprawdy spada — zgodnie z kodeksem karnym — na zarząd firmy. Biegły rewident nie ma żadnego aparatu operacyjnego, takiego jak policja czy prokuratura, aby zweryfikować prawdziwość oświadczenia zarządu badanej firmy.
Jednak wyobraźmy sobie sytuację, że zarząd ujawnił wszystko biegłemu i ten wiedział o pewnych błędach, ale w związku z tym, że „współpracuje” z zarządem nie ujawnia nieprawidłowości. Czy istnieje możliwość wykrycia takiego przypadku?
— Bez wątpienia tak.
W jaki sposób?
— Zajmuje się tym wspomniana już Krajowa Komisja Nadzoru kontrolująca raz na trzy lata wszystkich audytorów wpisanych na listę podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych. Oprócz tego działa Krajowy Rzecznik Dyscyplinarny, do którego trafiają wnioski o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec pojedynczych osób ujętych w rejestrze biegłych rewidentów. Dotychczas wnioski takie, oprócz poszkodowanych, kierowało kilkanaście instytucji, w tym także Krajowa Rada Biegłych Rewidentów, której przewodniczę. Rzecznik dyscyplinarny KIBR działa również z urzędu, o ile uzyska wystarczające wiadomości o naruszeniu zasad wykonywania zawodu.
Czy jednak nie lepiej by było, gdyby organem nadzoru nie był organ KIBR, ale prokuratura, wymiar sprawiedliwości?
— To nieporozumienie. Komisja nie zastępuje organów ścigania, ale je wspomaga. Ustawa reguluje, w jakiej sytuacji mamy zgłaszać sprawy wymiarowi sprawiedliwości i innym instytucjom nadzoru.
W czyim interesie działa biegły rewident?
— W imieniu właściciela kapitału.
Czy sytuacja, w której zarząd i rada nadzorcza dokonują wyboru rewidenta, jest właściwa?
— Oczywiście. Przecież rada nadzorcza spółki jest przedstawicielem właściciela.
Teoretycznie.
— Państwo jest w posiadaniu dużego majątku. Czy z tego powodu minister skarbu ma zasiadać we wszystkich radach nadzorczych spółek skarbu państwa? Nie. Wyznacza on swoich przedstawicieli, którzy reprezentują właściciela. W prywatnym biznesie jest tak samo. Właściciel firmy wcale nie musi zajmować się osobiście jej zarządzaniem. Dlatego biegły rewident musi mu powiedzieć, czy zainwestowany w firmę kapitał jest dobrze zarządzany. Idealnie byłoby, gdyby audytora wyznaczało zgromadzenie wspólników czy akcjonariuszy, co dopuszcza prawo, ale nie jest regułą.
Afery, jakie miały miejsce na świecie, wynikają z faktu, że łamie się prawo. Czy w Polsce prawo również jest takie, że trzeba je złamać, aby cokolwiek zrobić nie tak w księgach?
— Należy pamiętać, że w Polsce i Europie jest inna tradycja prawa niż w USA. My mamy tradycje prawa stanowionego, Amerykanie zaś bardziej opierają się na orzeczeniach sądów i precedensach.
Co to oznacza?
— Polskie prawo daje mniejsze możliwości stosowania szacunku w zapisach księgowych, a zastosowanie szacunku stwarza pole do własnej interpretacji obowiązujących przepisów. Pojęcie kreatywnej księgowości ma z tym związek. Na przykład tzw. wartość godziwa jest całkowicie niewymierna i opiera się na szacunkach. Myślę jednak, że kreatywna księgowość nam nie zagraża, choć znowelizowana w 2000 roku polska ustawa o rachunkowości czerpie wiele z wzorów anglosaskich. Mogą pojawiać się zatem różne sposoby księgowania na podstawie tych samych przepisów. Należy jednak odróżniać kreatywną księgowość od łamania prawa.
Zagraniczne firmy audytorskie pojawiły się w Polsce 10 lat temu. Od tej pory np. firma Andersen zdążyła wykształcić sporą grupę osób. Czy firmy te uczą dobrych wzorców, czy to dobrze, że mają wpływ na osoby wykonujące ten zawód w Polsce?
— Otworzyliśmy się na świat. Do Polski zaczął napływać kapitał zachodni, a za nim firmy audytorskie. Stosują one własne procedury badawcze. Krajowa Rada Biegłych Rewidentów nie ma do nich zastrzeżeń, o ile nie naruszają norm wykonywania zawodu, co może dotyczyć jedynie konkretnych przypadków.
Pytam Pana jako audytora, czy działalność takich firm, jeśli chodzi o edukację przyszłych rewidentów, jest do zaakceptowania?
— Firmy zachodnie wniosły na nasz rynek usług audytorskich zupełnie nową technologię uprawiania zawodu. Jednakże mechaniczne przeniesienie wzorców ze Stanów Zjednoczonych do kraju o innej kulturze prawnej jest czasami błędem. Metodologia, którą stosują firmy zachodnie, jest właściwa dla rewizji sprawozdań finansowych dużych korporacji, niekoniecznie zaś dla mniejszych podmiotów. Ta metodologia opiera się m.in. na badaniach rynku, rachunku prawdopodobieństwa, na różnych technikach statystycznych. Polski biegły rewident opiera się natomiast bardziej na badaniu dokumentów. Trzeba pamiętać, że w polskim biznesie wielkość kapitału i stopień jego koncentracji są zupełnie inne niż na Zachodzie. Audytorzy działający w Polsce muszą to uwzględniać.
Dlaczego jednak około 40 proc. spółek publicznych korzysta z usług czterech audytorów?
— To wiąże się z pochodzeniem kapitału, który napływa do Polski.
Chce Pan powiedzieć, że jeśli zachodni kapitał inwestuje w polską spółkę, to wybiera sobie zagraniczną firmę na audytora?
— Jeśli taki inwestor na całym świecie korzysta z usług jednej firmy audytorskiej, to ma do niej zaufanie.
Czy jednak nie istnieje niebezpieczeństwo, że skoro firmy zachodnie, jak Andersen, dopuszczają się błędów czy nadużyć za granicą, będą to również robić w Polsce?
— W Polsce, jak już mówiłem, są zupełnie inne warunki działania niż na Zachodzie. Jest inne prawo, inna kontrola skarbowa. Ale wracam do tego, że we wszystkich przypadkach tzw. oszustw księgowych, o których ostatnio słyszymy, winne były przede wszystkim zarządy firm, a mniej audytorzy. I w tym jest problem. Ja również prowadzę firmę przeprowadzającą audyty. Ostatnio zleceniodawca, któremu się sprzeciwiłem, po prostu wziął inną firmę audytorską.
Wniosek taki, że jeśli Pański następca utrzyma się w tej firmie, będzie to oznaczało, że zrobił to, czego Pan zrobić nie chciał.
— Zobaczymy.