Jeśli ktoś naiwnie oczekiwał, że spotkanie prezydenta i premiera przyniesie przełom w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego, to się srodze zawiódł. Ostrożne wypowiedzi obu polityków o „krokach we właściwym kierunku” i „woli dalszych rozmów” są zasłoną dymną dla impasu. Ale ktoś będzie musiał tę ratyfikacyjną żabę zjeść i wszystko wskazuje na to, że będzie to prezydent, którego propozycje rozwiązania sporu są przez większość prawników uznawane za niekonstytucyjne. Orędzie, choć multimedialne, też nie doprowadziło do kompromisu, chociaż niewątpliwie nieco rozluźniło śmiertelnie poważną w ostatnich tygodniach atmosferę.
Niezrozumiały dla przeciętnego zjadacza chleba w Polsce i w innych krajach UE spór o ratyfikację traktatu (bo prezydent wszak podkreśla, że sporu o traktat nie ma) jest kolejnym przykładem zaprzęgnięcia polityki zagranicznej do partyjnych sporów. Zaczęło się już w trakcie formowania rządu od mocnych, publicznych i nigdy nie uprawdopodobnionych sprzeciwów wobec kandydatury Radosława Sikorskiego na szefa MSZ. Publiczne protesty prezydenta już na starcie podważyły jego pozycję. Potem było tylko gorzej — zarzuty o zdradę Ukrainy, uległość wobec Rosji, stawianie za wzór premierowi jego czeskiego kolegi, który bez problemów zgodził się na tarczę antyrakietową. Strona rządowa też nie jest w tej rozgrywce bez grzechu (ot, chociażby dywagacje szefa MSZ o eurofobach), ale mocniejsze zarzuty dobiegały raczej ze strony byłego premiera i prezydenta. Polityka wewnętrzna, a ściślej partyjna, wylała się poza granice kraju. Stąd ciężkie zarzuty i niedwuznaczne sugestie o tym, jakoby premier Tusk coś obiecał kanclerz Angeli Merkel, oczywiście przez sentyment dla najsłynniejszego dziadka. Elektorat słucha, ale niestety nie tylko on. Bo pół biedy, że orędzie prezydenta obejrzał amerykański gej, gorzej, że mapy III Rzeszy wzbudziły entuzjazm naszych zachodnich sąsiadów. Do naszych polityków nie dotarło, że politykę zagraniczną prowadzi się również w kraju, oni wolą prowadzić politykę wewnętrzną za granicą. Teraz ofiarą partyjnych rozgrywek może stać się traktat lizboński.
Ratyfikacja traktatu wywołała absolutnie niepotrzebną bitwę polityczną, w której nie będzie wygranych. Rząd PO już może smakować gorycz porażki, bo nie udało się gładko przeforsować ratyfikacji traktatu. PiS zablokować traktatu nie może i — przynajmniej w części — nie chce. Zamiast wspólnego sukcesu będziemy mieli gorzki wymęczony sukcesik — bo do ratyfikacji w końcu dojdzie. A najsmutniejsze jest to, że zamiast mówić o zawartości traktatu — dość ważnego wszak dokumentu — trwa jałowy spór o wirtualne zabezpieczenia. I pewnie, jak mówił wczoraj premier — uda się jakoś dodreptać do kompromisu. Trzeba odczekać parę dni, aż emocje jeszcze trochę opadną. A pytanie, po co było owe emocje rozbudzać, pozostanie jak zwykle bez odpowiedzi.
Adam Sofuł