Mogło być jak nigdy, a wyszło jak zawsze. Po wielu latach posuchy amerykańskie fundusze managed futures, które używają instrumentów pochodnych i szeroko dywersyfikują portfele, zaczęły błyszczeć wynikami. W 2014 r. zarobiły średnio 9,1 proc., a w I kwartale tego roku 5,6 proc. Pomogło to przyciągnąć kapitał — tylko w styczniu i lutym napływy sięgnęły 1,4 mld USD netto.
Po raz kolejny potwierdziło się jednak, że managed futures to nie jest inwestycyjny święty Graal. Produkty przez lata reklamowano jako doskonałą metodę na ograniczenie ryzyka i atrakcyjne zyski niezależnie od koniunktury na rynku. Kluczem do sukcesu miały być wysublimowane modele matematyczne, dające odpowiedź na pytanie, w co i kiedy inwestować. W kwietniu fundusze managed futures pokazały się jednak z drugiej, ciemniejszejstrony.
AQR Managed Futures Strategy (w portfelu ma aktywa warte ponad 8 mld USD) w pierwszym kwartale zarobił 8,6 proc. dzięki wyraźnym trendom w notowaniach dolara, surowców czy obligacji. Kiedy w ostatnich tygodniach sytuacja się odwróciła, fundusz stracił niemal wszystko to, co zarobił od początku roku — stopa zwrotu za kwiecień wyniosła minus 6 proc. Na tej samej strategii „przejechały” się też m.in. PIMCo czy Natixis, giganci branży zarządzania aktywami. Niezłą passę kontynuują natomiast fundusze rodzimego Superfund TFI, jedynego w Polsce dostawcy funduszy managed futures.
Na 12 funduszy ze stajni tego towarzystwa tylko dwa są w skali ostatnich dwunastu miesięcy pod kreską. Reszta zyskała od 3,9 proc. do 27,7 proc. To niezły rezultat, biorąc pod uwagę, że w przeszłości z łapaniem trendów w Superfund bywało różnie. Duża zmienność wyników, a co za tym idzie — wysokie ryzyko takich strategii — powoduje, że nie są one zbyt popularne. Aktywa Superfund w Polsce nie przekraczają łącznie 300 mln zł.