Trzecią z pierwszoligowych debat telewizyjnych (toczą się również drugoligowe, np. Leszka Millera z Romanem Giertychem) między Donaldem Tuskiem a Aleksandrem Kwaśniewskim trudno uznać za finałową. Ze względu na pozycję partii, zdecydowanie najważniejsza okazała się piątkowa konfrontacja Tuska z premierem Jarosławem Kaczyńskim. Ale też tej wczorajszej nie należy lekceważyć — zwłaszcza zaś nie mógł tego robić nieobecny na ekranie prezes PiS.
Gdy w grupie eliminacyjnej trzy drużyny grają systemem każdy z każdym, ogromne znaczenie ma kolejność spotkań oraz czas odpoczynku. Z tego punktu widzenia Jarosław Kaczyński ustalił kalendarz gier fatalnie — zbyt pochopnie odpowiedział na wyzwanie Kwaśniewskiego, chcąc za wszelką cenę zmarginalizować Tuska. I faktycznie, wysłał go na aut, ale na krótko, zaś powrót lidera PO na boisko był bardzo widowiskowy. Paradoksalnie, do szatni trafił właśnie Kaczyński, na co złożyła się zarówno jego porażka w piątek, jak i kłopoty zdrowotne.
Wczoraj Donald Tusk wybronił się z bardzo niewygodnej pozycji, ponieważ jego głównym zadaniem stało się zaznaczenie odrębności PO zarówno wobec PiS, jak i LiD. O ile jest absolutnie pewne, że te dwie partie nie zawiążą koalicji, a elektorat między nimi nie wędruje, o tyle iloczyny zbiorów PO i PiS oraz zbiorów PO i LiD teoretycznie są całkiem spore. Dlatego rywale z obu stron przemyślnie oskarżają PO, że koalicyjne porozumienie z „tym trzecim” jest już przyklepane.
Jacek Zalewski