Niemal jednoczesne wizyty — naszego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha w Waszyngtonie i amerykańskiego zastępcy sekretarza stanu (byłego ambasadora USA w Polsce) Daniela Freda w Warszawie — potwierdziły, że amerykańska tarcza antyrakietowa powoli zaczyna przypominać potwora z Loch Ness. Nieliczni przysięgają, że go widzieli. Najdokładniej przede wszystkim odchodzący prezydent George W. Bush ze swoją ekipą w Pentagonie. W Polsce zaś prezydent Lech Kaczyński, który lokalizację tarczy uznał za w zasadzie przesądzoną. Zdecydowanie większa jest grupa takich, którzy chętnie popatrzyliby na nią jako na niewątpliwą atrakcję, ale zachowując rezerwę. Do tej właśnie kategorii można zakwalifikować nie tylko obecny rząd Polski, ale również — co ważniejsze — demokratycznych kandydatów na prezydenta USA.
Zmiana władzy w Białym Domu następuje 20 stycznia 2008 r., w południe, toteż ekipie republikańskiej od najbliższej niedzieli pozostał dokładnie rok. Trudno się zatem dziwić, że za wszelką cenę chciałaby w tym czasie zakończyć sztandarowy projekt obronny, aby pozostawić po sobie coś więcej niż rzędy białych słupków przybywających na Arlington i innych cmentarzach, gdzie chowani są polegli w Iraku i Afganistanie. Historia jednak uczy, że podpisywanie tak znaczących porozumień pod ciśnieniem czasu nigdy nie wychodzi im na dobre, nie tylko w dziedzinie obronności.
Niewątpliwą zmianą strategiczną jest okoliczność, że strona amerykańska odkryła, iż w Polsce istnieją dwie władze: prezydent i rząd. To zasadnicza różnica, gdyż ostatnimi laty prezydenci USA kontaktowali się z jednorodnymi politycznie duetami: Kwaśniewski
— Miller, Kwaśniewski — Belka, Kaczyński — Marcinkiewicz i Kaczyński — Kaczyński.
Tarcza antyrakietowa jeszcze nie stała się tak jaskrawym polem konfliktu między prezydentem Lechem Kaczyńskim a premierem Donaldem Tuskiem jak, powiedzmy, termin wycofania wojsk z Iraku czy choćby prezentowanie kraju na szczytach Rady Europejskiej. Ale — wróżymy — wkrótce będzie. Rząd najchętniej widziałby aktywność głowy państwa, ograniczającą się jedynie do reprezentacji — jak podczas wczorajszego kurtuazyjnego spotkania z korpusem dyplomatycznym. Ale tak nigdy nie będzie, choćby dlatego, że to prezydent, a nie premier, weźmie udział — choć z rządowymi ministrami obrony i spraw zagranicznych — w kwietniowym szczycie NATO.
Jacek Zalewski