Podaż zachowywała się zupełnie biernie i bez przekonania. Chęci do większej wyprzedaży nie było widać ani po skali zniżek, ani tym bardziej po wielkości obrotów. Gdy tylko okazało się, że amerykańscy inwestorzy reagują optymistycznie na niejednorodną mieszankę wyników spółek, popyt wykorzystał okazję do bardziej zdecydowanej ofensywy.
Polska GPW
Wczorajsze rekordy wystraszyły
posiadaczy gotówki, a właścicieli akcji skłoniły do realizacji zysków. Ale ci
drudzy zbytniej determinacji nie przejawiali. Indeks największych spółek tracił
na początku dnia 0,4 proc., a WIG zniżkował o 0,25 proc. Na tym tle symboliczny
wzrost wartości wskaźników małych i średnich firm wydawał się sporym
osiągnięciem. W ciągu dnia zmiany były niewielkie. Najbardziej widoczna była
utrata siły mWIG40 i sWIG80, które szybko zeszły pod kreskę. Mocno trzymały się
papiery Telekomunikacji Polskiej. Zaczęły sesję od zwyżki o 0,3 proc., ale
później zyskiwały nawet ponad 1,5 proc., chroniąc indeks największych firm przed
większymi stratami. Końcówka sesji była imponująca. Byki, niezrażone niewielkimi
spadkami amerykańskich indeksów na początku sesji, przystąpiły do ataku.
Zaskoczona podaż nie była w stanie się im skutecznie przeciwstawić. Skala zwyżki
nie była imponująca, ale i tak warszawski parkiet znów błyszczał na tle
Europy.
WIG20 wzrósł o 0,94 proc.,
przekraczając nieznacznie poziom 2370 punktów. Zaledwie 30 punktów wyżej
znajduje się poważniejszy opór. Indeks szerokiego rynku zwiększył swoją wartość
o 0,71 proc., zbliżając się do 40 tysięcy na odległość zaledwie 350 punktów. Już
jutro możemy mieć szansę mówienia o tych poziomach w czasie teraźniejszym.
Wskaźnik średnich firm wzrósł o 0,66 proc. Jedynie indeks najmniejszych spółek
zniżkował o 0,31 proc. Obroty przekroczyły nieznacznie 1,35 mld zł i nie
należały do imponujących.
Giełdy zagraniczne
Rekordy indeksów zostały wczoraj w
poczekalni giełdy przy Wall Street. Dow Jones spadł o 0,5 proc., ale zdołał się
utrzymać ponad ładnie wyglądającym poziomem 10 000 punktów. S&P500
zwiększył swoją tęsknotę za równie atrakcyjną wielkością 1 100 punktów do
prawie dziewięciu „oczek”, zniżkując o 0,62 proc. „Pukanie w sufit” nieco
osłabło, a ukazujące się na przemian białe i czarne świece na wykresach indeksów
oznaczają wahania nastrojów inwestorów i walkę byków z niedźwiedziami w bardzo
ważnym dla rynku miejscu. Rekordy nie dodają bykom skrzydeł, a raczej prowokują
obóz niedźwiedzi. Coraz większa grupa inwestorów, nie tylko za oceanem, zaczyna
zdawać sobie sprawę z tego, co bardzo jasno podkreślił główny analityk BNP
Paribas, mówiąc, że „obecnie w USA jest 9,5 biliona dolarów płynnych aktywów nie
przynoszących zysków i inwestowanych w papiery wartościowe, co powoduje wzrost
ich cen”. Amen. Podobne podstawy ma hossa na giełdzie w Szanghaju. Chińczycy się
nie boją, ale Brazylijczycy już się przestraszyli. Tamtejszy rząd postanowił
wprowadzić 2 proc. podatek od zagranicznego kapitału inwestującego na rynku
akcji i obligacji. Boją się nie tylko hossy, ale przede wszystkim aprecjacji
waluty.
Chiny zresztą też mają swój
„bezpiecznik” w postaci Shanghai B-Share, czyli segmentu rynku akcji, które mogą
być kupowane przez zagranicznych inwestorów. Dziś wskaźnik ten wzrósł o 0,23
proc., a Shanghai Composite spadł o 0,45 proc. Zniżki indeksów dominowały w
całej Azji, ale ich skala była niewielka. Nikkei stracił zaledwie 0,03 proc.
Liderem był Bombaj, gdzie indeks spadł o 1,2
proc.
Europejscy liderzy zaczęli, jak zwykle,
ostrożnie. Zwyżki indeksów we Frankfurcie, Londynie i Paryżu sięgały na otwarciu
0,3-0,4 proc. Ta ostrożność zabarwiona nutką nadziei przetrwała tylko godzinę.
Spadek pod kreskę nastąpił więc dość szybko i wskaźniki usadowiły się na
poziomie minus jeden na dłużej. Jednomyślność giełd na naszym kontynencie była
zdecydowana. Różnice występowały jedynie w sile jej wyrazu. Największa była w
Atenach, gdzie spadek przekraczał 2 proc. O tym, że nasze średnie spółki nie są
osamotnione w swej słabości, świadczy sięgający 2,3 proc. spadek analogicznego
do mWIG40 wskaźnika giełdy we Frankfurcie. Parkiety naszego regionu na tle
spadkowego pejzażu nie wyróżniały się niczym
szczególnym.
Końcówka sesji, dzięki wzrostom za
oceanem, była już nieco lepsza. Skala spadków zmniejszyła się, a tuż po godzinie
16.00 wskaźniki w Paryżu i Frankfurcie zdołały wyjść na plus.
Waluty
Na rynku walutowym niepewność nie
mniejsza, niż na giełdach akcji. Po spowodowanym zniżkami na Wall Street
umocnieniu się wczoraj wieczorem dolara, dziś przez większą część dnia trwało
niemal „zawieszenie broni”. Kurs euro poruszał się w przedziale od 1,49 do 1,495
dolara. O ataku na poziom 1,5 dolara za euro nie było mowy. Do tego potrzeba
zwyżki giełdowych indeksów.
Na naszym rynku wahania były nieco
większe. Wczoraj wieczorem złoty znacząco osłabł wobec dolara, za którego trzeba
było płacić 2,8 zł. Dziś rano odrobił całą stratę i znów zszedł poniżej 2,77 zł
za „zielonego”. Po południu ponownie zaczął tracić, a zmiany miały zasięg prawie
4 groszy. Identyczną „geometrię” i zasięg miały zmiany wartości naszej waluty
wobec euro. Rano płacono za nie 4,14 zł, po południu 4,18 zł. Frank zdrożał z
2,74 zł rano do prawie 2,77 zł po południu.
Podsumowanie
Odpoczynek po wczorajszych rekordach
naszych indeksów nie był ani zbyt „głęboki”, ani zbyt długi. Większych emocji na
rynku nie było widać. Obroty znów nie zachwycają. Wszystko to powoduje, że wiara
w hossę jest mocno ograniczona. Ale to właśnie zdaje się trzymać notowania na
wysokich poziomach i popycha do spokojnego pokonywania kolejnych szczytów.
Trzymanie się trendu w takich warunkach wymaga jednak żelaznych nerwów, ale
okazuje się wciąż skuteczną strategią.
Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold
Finance