Inflacja w Polsce osiągnęła dwucyfrowy poziom. To częściowo efekt wojny w Ukrainie, która doprowadziła do skokowego wzrostu cen paliw i surowców. To jednak tylko jeden z wielu powodów szybkiego wzrostu cen. Duże wyzwanie stanowi dziś oddzielnie różnych fundamentalnych przyczyn wzrostu inflacji. Pozwoli to zrozumieć, co się może z nią dalej stać. Postaram się tutaj tego dokonać.
Zacznijmy od danych. Inflacja sięgnęła w marcu 10,9 proc. wobec 8,5 proc. w lutym. Przyspieszenie cen konsumpcyjnych to w dużej mierze efekt potężnych podwyżek cen paliw. W ciągu miesiąca zdrożały aż o 28 proc., co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Na wysoki poziom inflacji w ujęciu rok do roku składają się jednak podwyżki bardzo wielu produktów. Wysoka inflacja jest procesem bardzo szeroko zakrojonym i mało która część gospodarki tego unika, nawet jeżeli w marcu podwyżki cen z miesiąca na miesiąc, po odjęciu sezonowości, były poza energią i żywnością dużo mniejsze niż w styczniu i lutym.

Dlatego szukając przyczyn inflacji musimy kopać głębiej. Doszukiwanie się jej powodów w zmianach cen tego lub innego produktu nie ma sensu. Odpowiadają za nią bowiem bardziej fundamentalne procesy.
W ekonomii często rozbija się fundamentalny proces inflacyjny na trzy elementy. Po pierwsze, są to oczekiwania inflacyjne lub mówiąc obrazowo – inercja systemu. Cały system gospodarczy jest przyzwyczajony do pewnego tempa podwyżek płac i cen. W latach 90. w Polsce powszechne było przyznawanie pracownikom podwyżek kilka razy w roku. W krajach rozwiniętych system przyzwyczajony jest do ok. 2-procentowej inflacji i podwyżki płac i cen zdarzają się rzadko.
Po drugie, jest to różnica między popytem a zdolnościami wytwórczymi gospodarki, zwana powszechnie w żargonie luką popytową. Jeżeli ludzie chcą kupować więcej, niż firmy są w stanie wytworzyć, ceny rosną.
Po trzecie, są to przejściowe zaburzenia kosztowe, wynikające na przykład we wzrostu cen surowców. Do tej grupy zalicza się wszystkie zjawiska, które z natury rzeczy są niezależne od wydarzeń w krajowej gospodarce.
Te trzy elementy nie są od siebie zupełnie niezależne. Na przykład: mocne zaburzenie kosztowe z grupy trzeciej lub popytowe z grupy drugiej może cały system gospodarczy wyprowadzić na nowy poziom oczekiwań inflacyjnych (czynnik z grupy pierwszej) i tym samym doprowadzić do utrwalenia inflacji. Z grubsza można jednak przyjąć pewne zasady stabilizowania inflacji. Zaburzenia przejściowe można w dużej mierze ignorować, choć trzeba pilnować, czy nie przekładają się na inercyjne reakcje systemu. Zaburzenia popytowe należy regulować poprzez manewrowanie stopami procentowymi i deficytem budżetowym. Na zmiany w oczekiwaniach trudno jest reagować, wymagają bowiem bardzo silnych zobowiązań instytucjonalnych – na przykład niezależności banku centralnego i mocnego zobowiązania do utrzymywania celu inflacyjnego.
Które z wymienionych powyżej czynników są dziś kluczowe w Polsce? Moim zdaniem wszystkie grupy mają znaczenie, choć najważniejsze są zaburzenia przejściowe związane z potężnym, niewidzianym od lat 70. XX wieku wzrostem cen energii. Szacowałbym, że czynniki z grupy trzeciej odpowiedzialne są za ok. 5 pkt proc. z 11 proc. inflacji. Powinny one w ciągu roku lub dwóch lat przeminąć lub znacznie złagodnieć.
Drugi czynnik, czyli nadmierny popyt w stosunku do zdolności podażowych, jest – jak sądzę – odpowiedzialny za ok. 2 pkt proc. inflacji. Gospodarka jest rozgrzana, ale nie na tyle, by był to absolutnie kluczowy element. Nadchodzące spowolnienie powinno w ciągu roku do dwóch lat rozwiązać ten problem.
Wreszcie czynnik oczekiwań i inercji cenowej w systemie. Szacowałbym, że inflacja z tego tytułu wynosi ok. 4 proc. Nastąpiło pewne odkotwiczenie oczekiwań inflacyjnych, ale nie drastyczne. Natomiast tutaj tkwią największe ryzyka na przyszłość. Jeżeli dziś firmy przyzwyczają się do nowej częstotliwości podwyżek płac i cen, to ten element wybije nam się znacznie wyżej. To jest zjawisko, które będę najmocniej monitorował w najbliższym czasie.