Trzy litery do kariery

opublikowano: 01-09-2019, 22:00

Członkowie zarządów, dyrektorzy, prezesi… Absolwenci programów menedżerskich zajmują coraz wyższe stanowiska. Przypadek?

Co łączy przedsiębiorcę prof. Andrzeja Bliklego, dziennikarkę Martynę Wojciechowską i prezydenta George’a W. Busha? Wszyscy oni zrobili studia Master of Business Administration (MBA). Absolwentami, co oczywiste, są w większości menedżerowie, ale programy te kończą także działacze społeczni, prawnicy, samorządowcy, a nawet wojskowi. Nic dziwnego. Każda instytucja może skorzystać na profesjonalnym zarządzaniu. Zaś dla wielu specjalistów dyplom MBA jest przepustką do kariery kierowniczej.

Internet ułatwia naukę, ale studia MBA pozwalają na żywą dyskusję i kontakty
twarzą w twarz — mówi Patrycja Kwiatkowska-Mizera, dyrektor zarządzająca
agencji R4S Consulting
Zobacz więcej

BEZPOŚREDNIO:

Internet ułatwia naukę, ale studia MBA pozwalają na żywą dyskusję i kontakty twarzą w twarz — mówi Patrycja Kwiatkowska-Mizera, dyrektor zarządzająca agencji R4S Consulting Fot. Marek Wiśniewski

Wyobraźmy sobie rzutkiego instruktora w domu kultury, który dostaje propozycję objęcia stanowiska dyrektora tej placówki. Aby poradził sobie po awansie, swoje przygotowanie humanistyczne, artystyczne lub pedagogiczne powinien uzupełnić o wątki biznesowe. Podobnie programista lub inżynier: wykształcenie techniczne może mu nie wystarczyć, jeśli ma odpowiadać za transformację cyfrową firmy.

— MBA daje możliwość zdobycia kompleksowej wiedzy dotyczącej zarządzania przedsiębiorstwem i stosowania nowoczesnych metod zarządzania — podkreśla Patrycja Kwiatkowska-Mizera, dyrektor zarządzająca agencji R4S Consulting, absolwentka programu Open University/Oxford Brooks University.

Więcej niż pieniądze

Dlaczego jeszcze warto zainwestować w MBA? Często wskazywanym powodem jest wzrost dochodu. Portale pracowe i uczelnie podają, że absolwenci zarabiają średnio o tyle i tyle procent więcej niż pozostałe osoby w tych samych przedziałach wiekowych i na podobnych poziomach hierarchii. Z tych informacji wynika, że horrendalne opłaty za naukę zwracają się już po niedługim czasie. Rolf Dobelli w „Sztuce jasnego myślenia” radzi patrzeć na te wyliczenia z rezerwą. Jego zdaniem ludzie, którym nie zależy na MBA, są ulepieni z innej gliny niż ci, którzy dążą do uzyskania tego tytułu. Ci pierwsi niekoniecznie chcą się piąć po szczeblach kariery i zwykle nie są promowani przez przełożonych — właśnie z tego (i wielu innych) powodów bierze się ich niższe uposażenie.

„Jeżeli rozważasz podjęcie dalszego kształcenia, poszukaj, proszę, innych powodów niż wzrost wynagrodzenia” — podpowiada pisarz Rolf Dobelli.

Patrycja Kwiatkowska-Mizera widzi to inaczej. Przyznaje, że MBA nie gwarantuje wymarzonej pracy, awansu i wysokich pensji. Pracodawcy zwracają uwagę głównie na doświadczenie pracownika. To jednak nie znaczy, że dyplom Master of Business Administration to tylko kawałek papieru.

— Dyplom MBA jest dodatkową rekomendacją i silnym argumentem przy negocjacjach dotyczących wynagrodzenia — przekonuje szefowa R4S Consulting.

Menedżerska edukacja świadczy o tym, że pracownik chce się rozwijać i ma apetyt na atrakcyjnie przekazywaną wiedzę. Zajęcia MBA uwalniają słuchaczy od zawodowej rutyny i utartych rozwiązań. Pozwalają spojrzeć z lotu ptaka na działania ich przedsiębiorstw.

— Wielka zaletą studiów MBA jest ich aspekt praktyczny. Nauka opiera się na sytuacjach, które zdarzyły się naprawdę w firmach będących liderami swoich branż. Analizy przypadków, burze mózgów, rozstrzyganie menedżerskich dylematów to doskonała okazja do wymiany doświadczeń między studentami i wykładowcami, którzy najczęściej zasiadają w zarządach dużych przedsiębiorstw i z niejednego biznesowego pieca jedli chleb — mówi Patrycja Kwiatkowska-Mizera.

Praca na danym stanowisku może ograniczać nasze zainteresowania np. do zakupów, produkcji, obsługi klienta lub HR. Dobrze być specjalistą w wąskiej dziedzinie, jeśli nie wyklucza to szerszych horyzontów, umiejętności łączenia faktów oraz dostrzegania złożoności firmy i rynku.

— Przedsiębiorstwa przechodzą digitalizację, czyli integrują czynniki materialne i wirtualne, stacjonarne i mobilne, inteligencję sztuczną i ludzką. To kolejny powód, by kadrę menedżerską uzbroić w wiedzę z wielu różnych dziedzin — wskazuje Paweł Stapf, dyrektor ds. informatyzacji i zarządzania projektami technologicznymi w firmie Kogeneracja Zachód.

Twarzą w twarz

Skoro w internecie jest wiedza z każdej dziedziny, czy studia MBA to nie strata pieniędzy i czasu?

— Sieć to wspaniałe narzędzie do nauki. Jesteśmy jednak tam anonimowi. Tymczasem na studiach MBA spotykamy ludzi z różnych branż, komunikacja jest bezpośrednia, a nawiązane relacje często trwają długo po uzyskaniu dyplomu — odpowiada Patrycja Kwiatkowska-Mizera.

Potwierdza to Grzegorz Waszkiewicz, członek zarządu Krajowego Biura Obsługi Roszczeń Ubezpieczeniowych, który program MBA na Dominican University w Chicago zrobił 16 lat temu. Cieszy się z corocznych, „bożonarodzeniowych” spotkań absolwentów. Ale ważniejsze są dla niego kontakty nieformalne i spontaniczne. Przykład: jeśli któryś z absolwentów ma problem, zawsze może się odezwać do swoich kompanów ze studiów. Bo mimo upływu czasu nie pękła nić wzajemnego zaufania i lojalności.

— Wystarczy kilka zdań albo wymowne milczenie. Nie musimy owijać w bawełnę prostych pytań i odpowiedzi. Czasem spojrzenie na problem korporacyjny z punktu widzenia niewielkiej firmy — i na odwrót — daje natychmiastowe rozwiązanie. Nie jesteśmy dla siebie prezesami czy dyrektorami, tylko kolegami. To sprawia, że prośba o konsultację nie wiąże się ze stresem — wyjaśnia Grzegorz Waszkiewicz.

Pocztówki z piekła

Nikt nie twierdzi, że MBA to wyłącznie czas beztroski. Wielu studentom trudno łączyć pracę zawodową, życie rodzinne i edukację. Problemem może być też opór przed wejściem w zupełnie obce zagadnienia. Uwalnia od zawodowej rutyny i utartych rozwiązań. Pozwala spojrzeć z lotu ptaka na działania swojego przedsiębiorstwa. Nową biznesową wiedzę z dużym wysiłkiem zdobywa niejeden humanista i technokrata. Przykładem jest Peter Robinson, filolog, który przygotowywał przemówienia prezydenta Ronalda Reagana i za jego radą postanowił zrobić studia menedżerskie. Pierwszy rok nauki w Stanford Business School porównał do picia wody z odkręconego do oporu hydrantu. Wiedza płynęła tam do słuchaczy tak wartkim strumieniem, że łatwiej się było w niej utopić niż ugasić pragnienie. Doświadczenia te były dla niego bardziej przerażające niż ekscytujące, co oddał tytuł jego wspomnień: „Pocztówki z piekła”. Peter Robinson przeżył dwuletni koszmar, ale na studiach zetknął się ze sławami biznesu — jak Steve Jobs i Rupert Murdoch. Ten ostatni zatrudnił go później w swojej Fox Television. Wyrzeczenia czasem mają sens.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu