Co łączy przedsiębiorcę prof. Andrzeja Bliklego, dziennikarkę Martynę Wojciechowską i prezydenta George’a W. Busha? Wszyscy oni zrobili studia Master of Business Administration (MBA). Absolwentami, co oczywiste, są w większości menedżerowie, ale programy te kończą także działacze społeczni, prawnicy, samorządowcy, a nawet wojskowi. Nic dziwnego. Każda instytucja może skorzystać na profesjonalnym zarządzaniu. Zaś dla wielu specjalistów dyplom MBA jest przepustką do kariery kierowniczej.

Wyobraźmy sobie rzutkiego instruktora w domu kultury, który dostaje propozycję objęcia stanowiska dyrektora tej placówki. Aby poradził sobie po awansie, swoje przygotowanie humanistyczne, artystyczne lub pedagogiczne powinien uzupełnić o wątki biznesowe. Podobnie programista lub inżynier: wykształcenie techniczne może mu nie wystarczyć, jeśli ma odpowiadać za transformację cyfrową firmy.
— MBA daje możliwość zdobycia kompleksowej wiedzy dotyczącej zarządzania przedsiębiorstwem i stosowania nowoczesnych metod zarządzania — podkreśla Patrycja Kwiatkowska-Mizera, dyrektor zarządzająca agencji R4S Consulting, absolwentka programu Open University/Oxford Brooks University.
Więcej niż pieniądze
Dlaczego jeszcze warto zainwestować w MBA? Często wskazywanym powodem jest wzrost dochodu. Portale pracowe i uczelnie podają, że absolwenci zarabiają średnio o tyle i tyle procent więcej niż pozostałe osoby w tych samych przedziałach wiekowych i na podobnych poziomach hierarchii. Z tych informacji wynika, że horrendalne opłaty za naukę zwracają się już po niedługim czasie. Rolf Dobelli w „Sztuce jasnego myślenia” radzi patrzeć na te wyliczenia z rezerwą. Jego zdaniem ludzie, którym nie zależy na MBA, są ulepieni z innej gliny niż ci, którzy dążą do uzyskania tego tytułu. Ci pierwsi niekoniecznie chcą się piąć po szczeblach kariery i zwykle nie są promowani przez przełożonych — właśnie z tego (i wielu innych) powodów bierze się ich niższe uposażenie.
„Jeżeli rozważasz podjęcie dalszego kształcenia, poszukaj, proszę, innych powodów niż wzrost wynagrodzenia” — podpowiada pisarz Rolf Dobelli.
Patrycja Kwiatkowska-Mizera widzi to inaczej. Przyznaje, że MBA nie gwarantuje wymarzonej pracy, awansu i wysokich pensji. Pracodawcy zwracają uwagę głównie na doświadczenie pracownika. To jednak nie znaczy, że dyplom Master of Business Administration to tylko kawałek papieru.
— Dyplom MBA jest dodatkową rekomendacją i silnym argumentem przy negocjacjach dotyczących wynagrodzenia — przekonuje szefowa R4S Consulting.
Menedżerska edukacja świadczy o tym, że pracownik chce się rozwijać i ma apetyt na atrakcyjnie przekazywaną wiedzę. Zajęcia MBA uwalniają słuchaczy od zawodowej rutyny i utartych rozwiązań. Pozwalają spojrzeć z lotu ptaka na działania ich przedsiębiorstw.
— Wielka zaletą studiów MBA jest ich aspekt praktyczny. Nauka opiera się na sytuacjach, które zdarzyły się naprawdę w firmach będących liderami swoich branż. Analizy przypadków, burze mózgów, rozstrzyganie menedżerskich dylematów to doskonała okazja do wymiany doświadczeń między studentami i wykładowcami, którzy najczęściej zasiadają w zarządach dużych przedsiębiorstw i z niejednego biznesowego pieca jedli chleb — mówi Patrycja Kwiatkowska-Mizera.
Praca na danym stanowisku może ograniczać nasze zainteresowania np. do zakupów, produkcji, obsługi klienta lub HR. Dobrze być specjalistą w wąskiej dziedzinie, jeśli nie wyklucza to szerszych horyzontów, umiejętności łączenia faktów oraz dostrzegania złożoności firmy i rynku.
— Przedsiębiorstwa przechodzą digitalizację, czyli integrują czynniki materialne i wirtualne, stacjonarne i mobilne, inteligencję sztuczną i ludzką. To kolejny powód, by kadrę menedżerską uzbroić w wiedzę z wielu różnych dziedzin — wskazuje Paweł Stapf, dyrektor ds. informatyzacji i zarządzania projektami technologicznymi w firmie Kogeneracja Zachód.
Twarzą w twarz
Skoro w internecie jest wiedza z każdej dziedziny, czy studia MBA to nie strata pieniędzy i czasu?
— Sieć to wspaniałe narzędzie do nauki. Jesteśmy jednak tam anonimowi. Tymczasem na studiach MBA spotykamy ludzi z różnych branż, komunikacja jest bezpośrednia, a nawiązane relacje często trwają długo po uzyskaniu dyplomu — odpowiada Patrycja Kwiatkowska-Mizera.
Potwierdza to Grzegorz Waszkiewicz, członek zarządu Krajowego Biura Obsługi Roszczeń Ubezpieczeniowych, który program MBA na Dominican University w Chicago zrobił 16 lat temu. Cieszy się z corocznych, „bożonarodzeniowych” spotkań absolwentów. Ale ważniejsze są dla niego kontakty nieformalne i spontaniczne. Przykład: jeśli któryś z absolwentów ma problem, zawsze może się odezwać do swoich kompanów ze studiów. Bo mimo upływu czasu nie pękła nić wzajemnego zaufania i lojalności.
— Wystarczy kilka zdań albo wymowne milczenie. Nie musimy owijać w bawełnę prostych pytań i odpowiedzi. Czasem spojrzenie na problem korporacyjny z punktu widzenia niewielkiej firmy — i na odwrót — daje natychmiastowe rozwiązanie. Nie jesteśmy dla siebie prezesami czy dyrektorami, tylko kolegami. To sprawia, że prośba o konsultację nie wiąże się ze stresem — wyjaśnia Grzegorz Waszkiewicz.
Pocztówki z piekła
Nikt nie twierdzi, że MBA to wyłącznie czas beztroski. Wielu studentom trudno łączyć pracę zawodową, życie rodzinne i edukację. Problemem może być też opór przed wejściem w zupełnie obce zagadnienia. Uwalnia od zawodowej rutyny i utartych rozwiązań. Pozwala spojrzeć z lotu ptaka na działania swojego przedsiębiorstwa. Nową biznesową wiedzę z dużym wysiłkiem zdobywa niejeden humanista i technokrata. Przykładem jest Peter Robinson, filolog, który przygotowywał przemówienia prezydenta Ronalda Reagana i za jego radą postanowił zrobić studia menedżerskie. Pierwszy rok nauki w Stanford Business School porównał do picia wody z odkręconego do oporu hydrantu. Wiedza płynęła tam do słuchaczy tak wartkim strumieniem, że łatwiej się było w niej utopić niż ugasić pragnienie. Doświadczenia te były dla niego bardziej przerażające niż ekscytujące, co oddał tytuł jego wspomnień: „Pocztówki z piekła”. Peter Robinson przeżył dwuletni koszmar, ale na studiach zetknął się ze sławami biznesu — jak Steve Jobs i Rupert Murdoch. Ten ostatni zatrudnił go później w swojej Fox Television. Wyrzeczenia czasem mają sens.