Wikarówka na tyłach Kościoła Mariackiego w Krakowie. Ksiądz infułat Kazimierz Suder kroi wielki, okrągły bochen — tradycyjnie: do siebie.
— To wadowicki chleb. Karol go uwielbiał... Ilekroć jeździliśmy do Rzymu, tylekroć prosił, byśmy jeden przywieźli — mówi, kładąc kromki na talerzu.
I zaczyna opowieść o seminaryjnych latach, spędzonych z Karolem Wojtyłą.
W sutannach
— Pierwsze spotkanie? W pierwszym tygodniu sierpnia 1942 roku. Wtenczas książę metropolita krakowski arcybp Adam Stefan Sapieha polecił, bym natychmiast przyszedł do pałacu arcybiskupiego w Krakowie, bo ustanowił tajne studium teologii. Byli już tam moi koledzy z roku, także Karol Wojtyła. Zamieszkaliśmy właśnie w pałacu. Wybieg, aby ratować księży, bo wtedy ci, którzy musieli pracować w niemieckich zakładach, ale mieszkali w swoich domach, byli narażeni na wszelkie niebezpieczeństwa okupacyjnej codzienności. Jak Karol Wojtyła. W pamięci rysuje mi się postać: w białej koszuli, drelichowych spodniach, drewniakach. Na głowie blizna — po tym, gdy na ulicy potrącił go samochód. No i tak… — wzdycha ksiądz infułat.
Na chwilę zawiesza głos, spoglądając na portret Jana Pawła II.
— Nazajutrz dostaliśmy sutanny. Wtenczas gwarantowało to pewne bezpieczeństwo przed Niemcami. Była taka „umowa” z generalnym gubernatorem Frankiem, że klerycy, którzy zaczynali studia w 1939 r., mogli jeszcze normalnie studiować... Najpierw umieszczono nas na I i II piętrze oficyny przy Wiślnej — tu, gdzie dziś „Tygodnik Powszechny”. Długo tam nie zabawiliśmy, bo po klęsce powstania warszawskiego książę metropolita Sapieha pomieszczenia przez nas zajmowane oddał warszawskim kapłanom, którym udało się dotrzeć do Krakowa. Trafiliśmy do... sali audiencyjnej w pałacu arcybiskupim, zamienionej wówczas na sypialnię. Wokół bogaty wystrój, a my na drewnianych łóżkach i prostych stołach... Tu prowadzono też wykłady. Za drzwiami była sypialnia księdza metropolity... Niemcom oświadczył: jestem ich rektorem i chcę ich mieć blisko siebie. Gdyby nie podstęp księcia arcybiskupa, który przebrał nas w sutanny, nie wiadomo, co by z nami było. Pewnie niektórym uratował życie, Karolowi Wojtyle być może również — mówi ksiądz Suder.
Przemiana
— Karol pracował w kamieniołomie na Zakrzówku i fabryce sody Solvay w Borku Fałęckim przy Zakopiańskiej. Jego ojciec (emerytowany porucznik Wojska Polskiego) po 1939 roku naturalnie stracił emeryturę. Gdy w 1941 roku zmarł, Karol bardzo mocno to przeżywał. Potem przeszedł metamorfozę. Zafascynowała go postać Brata Alberta, który — będąc wrażliwym i utalentowanym artystą — długie lata poszukiwał coraz dojrzalszych wymiarów piękna, dobra i prawdy. Znalazł je w człowieku i to najuboższym, w którego twarzy dostrzegł znieważone oblicze Chrystusa. Zrezygnował z malarstwa i wygodnego życia — na rzecz pracy w zakładzie dla bezdomnych, wśród których zamieszkał. Później Karol Wojtyła powiedział o nim tak: „Rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na kolana przed majestatem człowieka i to najbiedniejszego, najbardziej upośledzonego, przed majestatem ostatniego nędzarza”. Historia Brata Alberta zainspirowała Karola do rezygnacji z aktorstwa na rzecz kapłaństwa, służby innym. I dlatego zgłosił się do księcia arcybiskupa, w 1942 roku chyba, po śmierci ojca — mówi ksiądz Suder.
Arcybiskup poznał Karola Wojtyłę już wcześniej. W Wadowicach. Maturzysta Karol witał go w tamtejszym gimnazjum. Wtedy Sapieha zapytał o życiowe plany Wojtyły jego katechetę Edwarda Zachera. Ksiądz powiedział, że artyści przewrócili Karolowi w głowie i że wybiera się na polonistykę, bo chce być aktorem. Na to książę, wyraźnie rozczarowany, machnął nerwowo ręką i rzucił jakby do siebie: „A to szkoda, a to szkoda!”.
— Arcybiskup Sapieha wypytywał też Karola, jak sobie radzi, z czego żyje i zaproponował, by ilekroć będzie pracował na drugiej i trzeciej zmianie w Solvayu, tylekroć przychodził służyć mu do mszy. A po nabożeństwie kazał mu jeść śniadanie w kurii, bo Karol ledwo wiązał koniec z końcem. Tak się nim zaopiekował. No i tak… — ksiądz infułat znów zawiesza głos, zamyśla się i patrzy na portret Jana Pawła II na ścianie.
We wspólnocie
W seminarium — wszystko ustalone.
— O 5.30 gimnastyka w pałacowym hallu, którą zawsze musiał prowadzić jeden z nas. Karol, jako jeden z nielicznych, bardzo się do tego rwał. Próbował nas przekonywać, że poranna gimnastyka jest ważna, bo pozwala zachować właściwy stan ciała, niezbędny do prawidłowego kształtowania umysłu — pamięta ksiądz Suder.
Przed śniadaniem — modlitwa w kaplicy z księdzem metropolitą.
— Karol fascynował mnie i innych darem autentycznej modlitwy. Długi czas spędzał na klęczkach, wcale się nie poruszając. Do tego regularnie odprawiał Drogę Krzyżową, a z różańcem właściwie się nie rozstawał. Czasem próbowałem go naśladować, ale nigdy nie udało mi się mu dorównać w olbrzymim skupieniu i żarze modlitewnym. Karol właściwie nie oddzielał studium teologicznego od modlitwy... Myśmy go za to podziwiali, za ten jakby permanentny dialog z Chrystusem — mówi ksiądz Suder.
Po porannej modlitwie i śniadaniu — wykłady.
— Skupiony, starannie notował i wszystko rozumiał, czego mu zazdrościłem. Sapieha słuchał, jak odpowiadamy na egzaminach. Zawsze stawiał nam za wzór sumienność Karola. Ten często pożyczał mi notatki z wykładów. Miał piękne, wyraziste pismo, szlachetne. W zeszycie u góry każdej strony pisał inicjały Jezusa, Matki Najświętszej lub parę słów ku ich czci — opowiada ksiądz infułat.
Kiedyś krakowski metropolita zaprosił na wykłady Juliusza Osterwę.
— Wtedy Karol zdradził talenty aktorskie. Na uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przygotowywał prezentację utworów poetyckich, nawiązujących do postaci Maryi. Do dzisiaj pamiętam jego recytację — z pamięci — litanii do Najświętszej Maryi Panny Cypriana Kamila Norwida — i to mrowienie na plecach, gdy deklamował — zapala się ksiądz Suder.
W przerwach i po południu spacery, ale tylko po wewnętrznym podwórku.
— Na ulicę nie wolno było wychodzić ze względów bezpieczeństwa. To było przecież podziemne seminarium... Często spacerowałem z Karolem. Najchętniej opowiadał mi wtedy sztuki teatralne. Dziwiłem się: gdzie on je wszystkie widział i skąd tyle wie o teatrze?
O 15.00 — adoracja Najświetszego Sakramentu, potem zajęcia i podwieczorek. Później wykłady, czytanie duchowne, kolacja, nabożeństwo w kaplicy i ciche zajęcia do 22.00.
— Zawsze o 21.00 książę metropolita udawał się do kaplicy na godzinną adorację. Z Karolem często biegliśmy pod drzwi kaplicy i przez dziurkę od klucza podglądaliśmy metropolitę leżącego krzyżem przed Najświętszym Sakramentem. Tuż przed godziną 22 metropolita, wracając z kaplicy, zaglądał do naszej sali, by zobaczyć, czy już śpimy. Karol po wielu latach zwierzył mi się, że zawsze czekał na te wizyty, udając, że śpi. Bo były dla niego takie „bardzo ojcowskie”... — mówi ksiądz Suder.
Ideał? Właśnie!
— Co uderzało mnie Karolu, to dobroć, życzliwość i koleżeńskość. Niezwykle łatwo nawiązywał kontakt z seminarzystami. Więcej słuchał, niż mówił. Od czasu do czasu dyskretnie wtrącał uwagi. Nie kłócił się, lecz starał się zrozumieć. Nie przypominam sobie, by próbował komuś narzucić zdanie, czy zranił przykrym słowem. Gdy podczas kolokwium ktoś prosił go o podpowiedź, odmawiał, ale żartobliwie: „Pomyśl, westchnij do Boga i próbuj sam!”. Na egzaminach — opanowany i przygotowany, nie znam przypadku, by jakieś pytanie pozostawił bez odpowiedzi. Pogodny, dowcipny, z poczuciem humoru. W ogóle lubił się śmiać, żarty, humorystyczne opowiastki. Był wprost nadzwyczajnie wrażliwy na ludzkie cierpienie. Nie miał wiele — jak my wszyscy — ale dzielił się z biednymi, którzy przychodzili do kaplicy. I to jak! Tak dyskretnie i z szacunkiem, że biedacy nie czuli się upokorzeni. Kiedyś powiedział mi, że mu wstyd, że on ma, a oni nie — wspomina ksiądz Suder.
Znów to zamyślenie, i znów spojrzenie na wizerunek Ojca Świętego...
— Ostatnia noc przed 18 stycznia, przed wkroczeniem Rosjan... Niemcy wysadzili w powietrze most Dębnicki. Olbrzymia detonacja i podmuch powietrza wybiły w pałacu szyby, a w kaplicy arcybiskupiej nawet witraże. Zbiegliśmy do pałacowych piwnic. Karol — ostatni. Z krzyżem w ręku — zdjął go ze ściany naszej sali — mówi Suder.
Po wojnie
Po Wielkanocy 1945 r., gdy otwarto Uniwersytet Jagielloński, Karol Wojtyła zaczął uczęszczać na wydział teologiczny.
— Wtedy zadziwił mnie, że w przerwach między wykładami uczył się hiszpańskiego — z niemieckiego podręcznika! Wyjaśnił mi, że musi — by czytać w oryginale dzieła św. Jana od Krzyża, bo analiza tych tekstów była przedmiotem jego pracy magisterskiej i doktorskiej — wspomina ksiądz infułat.
18 lutego 1946 r. Pius XIII — na tajnym konsystorzu w Rzymie — powołał do kolegium kardynalskiego 32 nowo mianowanych kardynałów, wśród nich arcybp. Adama Stefana Sapiehę. Dla uczczenia bohaterskiego purpurata kleryk Wojtyła przygotował akademię w sali krakowskiego seminarium duchownego — w obecności księcia kardynała, innych duchownych, profesorów, kleryków z kilku seminariów.
— Do dziś pamiętam, jak Karol mistrzowsko, z pamięci, odtwarzał kazanie księdza Hieronima Kajsiewicza o miłości ojczyzny. Gdy skończył, dłuższą chwilę panowała cisza... Potem znów zaskoczył — na urządzonej przez niego uroczyści ku czci św. Piotra Apostoła, powstałej na podstawie powieści „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza — opisuje ks. Suder.
Latem 1946 roku Karol Wojtyła odwiedził Sudera w parafii Mogiła.
— Przyszedł z Krakowa na piechotę, by mi oznajmić decyzję Sapiehy, który — tuż przed wyjazdem do Rzymu — postanowił skierować go na studia doktoranckie do Stolicy Piotrowej, a przedtem udzielić mu święceń kapłańskich. Wtedy władza ludowa udawała życzliwość dla księcia, więc ją wykorzystał, by Karola wyciągnąć z kraju — mówi ks. Suder.
Milczy i patrzy na portret Jana Pawła II. Na chwilę ze swoimi myślami.
— We wrześniu, wspólnie z Karolem, otrzymaliśmy święcenia kapłańskie. Niezwykłe, bo rzadko się to zdarza po — raptem — 2 latach pobytu w seminarium. Ksiądz infułat Niemczewski wyznał mi wiele lat później, że kardynał Sapieha powiedział mu wtedy: „Ten człowiek (Karol Wojtyła) bardzo wysoko zajdzie w hierarchii kościelnej”.
W Rzymie Karol Wojtyła na zajęcia uczęszczał z grupą belgijskich księży. W 2 lata napisał pracę doktorską, dostając — jako jedyny — ocenę celującą z odznaczeniem. W wakacje jeździł po Włoszech i Francji.
— Mówił mi potem — już jako Papież — że kardynał Sapieha celowo go do tego zachęcał, by poznał, jak wygląda życie w tamtych krajach. Potem Karol zamieszczał wspomnienia w „Tygodniku Powszechnym” — wspomina ks. Suder.
Po powrocie z rzymskich studiów ksiądz Karol nie zdążył jeszcze na dobre odświeżyć kontaktów z przyjaciółmi, gdy kardynał Sapieha postanowił, że zostanie wikarym w małej, galicyjskiej parafii Niegowić.
— Jedni mówili wtedy: wygnanie. Ale prawda była taka, że książę kardynał, widząc jak Karol mizernie wygląda, wysłał go na wieś na kilka miesięcy, by doszedł do siebie — ujawnia Suder, który w tym czasie był wikariuszem w sąsiedniej parafii.
To w Niegowici powstał pierwszy artykuł Karola Wojtyły — o księżach robotnikach, z którymi się zetknął we Francji. W redakcji „Tygodnika Powszechnego” tekst uznano za interesujący i zamieszczono na pierwszej stronie.
Z młodzieżą
W marcu 1949 r. Karol Wojtyła został wikariuszem w kościele św. Floriana na Kleparzu, jednym z pięciu najstarszych w Krakowie. Miał się zająć pracą duszpasterską wśród studentów.
— Karol pytał mnie często: jak dotrzeć do młodzieży. W końcu zagadnął o to ówczesnego duszpasterza akademickiego, księdza Jana Pietruszko. Ten dał mu prostą radę: by wykorzystywał wakacje, bo w tym czasie najlepiej można się zbliżyć do życia studenckiego i studentów, że wakacje to najlepszy czas do wychowania w wierze. Od tego czasu Karol stał się zapalonym kajakarzem — mówi Suder.
Ponieważ w tamtym czasie księża nie mogli zajmować się pracą z młodzieżą poza kościołem, ksiądz Karol podczas tych turystycznych wypraw nie nosił sutanny, lecz ubierał się jak podopieczni — w skromny, sportowy strój. Często po prostu w koszulkę gimnastyczną i krótkie spodenki. Także dla niepoznaki, by nie mieć problemów z milicją, młodzi przyjaciele zaczęli nazywać go „Wujkiem”.
23 lipca 1951 r. umarł kardynał Sapieha. Jego miejsce w Krakowie zajął Eugeniusz Baziak, metropolita lwowski.
— Zwolnił go wtedy z wikariuszostwa u św. Floriana i nakazał pisać pracę habilitacyjną. Mnie się zdaje, że ksiądz metropolita musiał mieć wcześniejsze instrukcje od poprzednika. Karol napisał ją w ciągu niecałych 2 lat. Zaczął wykładać teologię w 3 seminariach, został profesorem etyki na KUL. Kilka razy w tygodniu dojeżdżał z Krakowa do Lublina — 12 godzin pociągiem... W 1948 r. zapoczątkowaliśmy nasze zjazdy koleżeńskie. Postanowiliśmy co roku spotykać się u innego z nas... Gdy Karola wyniesiono na Stolicę Piotrową, zorganizowano już tylko 4 spotkania. Wielu z nas już wymarło... W 1995, 1997 i 1999 pojechaliśmy do Karola, do Rzymu. Razem koncelebrowaliśmy msze, rozmawialiśmy przy śniadaniu czy obiedzie, było jak za dawnych lat… Było… — ksiądz infułat nie kryje łez.
Zacina się w sobie, chce coś powiedzieć, ale tylko macha bezradnie ręką —żebym już poszedł...