Turek i lwia paszcza

Karol Jedliński
opublikowano: 04-03-2008, 00:00

Wygląda na to, że klientom Poczty Polskiej na koniec roku pozostaną kolejki i zestaw filiżanek w różyczki.

Muzeum poczty? Nie, placówka w centrum Warszawy. Pracuje pełną parą. Klienci mrukliwi, bo kolejki, zgubione listy, pozamykane okienka, bałagan. Obskurnie: tynk odpada, wykładzina PCV powycierana, numerków brak. Są też oznaki nowoczesności: kamery i płaskie ekrany monitorów. A na wystawie, utkanej z płyty pilśniowej, fornir jasna olcha, czeka siedem rodzajów wkładów do zniczy.

— Firma jest reformowalna, ale trudną drogą, ewolucyjną. Przy systematycznej i cierpliwej pracy wierzę, że istnieje ogromna szansa na pozytywne zmiany. Gdybym nie wierzył, że będziemy mocni w chwili pełnej liberalizacji rynku, dawno zrezygnowałbym ze stanowiska — zaznacza Andrzej Polakowski, od prawie roku dyrektor generalny Poczty Polskiej (PP), największego pracodawcy w kraju.

Czas zmienić świat

Ma pod sobą 100-tysięczną armię pracowników, w większości sfrustrowanych, i polityków nad sobą. Do tego 46 zakładowych organizacji związkowych, sieć ponad 8 tys. placówek oraz monopol na przesyłki o wadze do 50 g.

Mieszkańcy Hajnówki, Klewek czy Wigier są dla Poczty Polskiej ciężarem. Gdyby o tym, czy utrzymywać usługi pocztowe na mało zaludnionych terenach, decydował rynek, ceny musiałyby tam pójść mocno w górę. Z mocy ustawy Poczta zobowiązana jest m.in. doręczać listy do 2 kg i paczki do 30 kg. Do tego jedna placówka na 7 tys. mieszkańców w miastach i na 65 km kw. obszarów wiejskich. Prywatne firmy pocztowe siedzą w miastach, tam, gdzie kokosy. Podstawowy problem: komercjalizacja PP kuleje, a zyski pożerają, i tak za niskie, płace. Spółki zależne, takie jak Bank Pocztowy czy fundusz emerytalny, nie podbiły rynku. Do tego pocztowcy właśnie negocjują podwyżki i grożą strajkiem. Niektórzy mówią nawet o 800 zł. Dyrektor generalny, proponując 350 zł, zaznaczał:

— Ta oferta jest na granicy bezpieczeństwa finansowego. Zakłada bardzo dużą stratę, ale wciąż z zachowaniem płynności.

Prosta arytmetyka: ile da na podwyżki, tyle będzie pod kreską.

— To mit. Przecież tyle lat PKP miało gigantyczne straty i jakoś pociągi nie stanęły. A jeszcze kolejarze po cztery stówy podwyżki dostali — odbija piłeczkę Piotr Moniuszko, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty (WZZPP).

W tle lider Kombi wyśpiewuje, że „każde pokolenie ma własny czas, każde pokolenie chce zmienić świat”.

— Toniemy, hodujemy sobie konkurencję własną chorobą — ciągnie Piotr Moniuszko.

W swoim związku ma ponad trzysta osób. W strajk nie wierzy.

— Wszyscyśmy się na strajku przejechali. Choć jak patrzę, ile zarabiamy, to jak tu nie protestować?

Najważniejsi, z punktu widzenia klienta, są pani z okienka i listonosz. Ta pierwsza zarabia od 1 do 1,4 tys. zł. Listonosz może liczyć na 1,4 tys. Kierownik zmiany — 1,5 tys. zł. Z drugiej strony, na jednego pracownika PP przypada około 32 tys. doręczonych listów, gdy średnia w Unii wynosi ponad 100 tys.

— Oni wpakowali w tamtejsze poczty miliardy, tak jak na przykład w Deutsche Post, więc mają wyniki — przypomina szef WZZPP.

Laskowików trzeba

W tym roku na inwestycje PP przeznaczy pół miliarda złotych, przede wszystkim na wyposażenie sieci centrów ekspedycyjno-rozdzielczych oraz m.in. na kontynuację pełnej informatyzacji. A układy zbiorowe blokują odchudzanie administracji. Od kilku miesięcy działa za to już na przykład bankomat w okienku. Trudno jednak spotkać osobę, która po wystaniu kilkunastu minut w kolejce zechce z tej usługi skorzystać. Może prędzej kupi stojące za zniczami filiżanki w różyczki (sześć sztuk za 31,40 zł, nawet ładne) lub opakowanie dr. kaca. No, chyba że porwie się na „eko kule sposób na pranie” za 128,99 zł.

Na przykład w Warszawie na jedną placówkę przypada średnio 9 tys. mieszkańców. 20 procent ponad ustawowy limit. Robi się też nadwyżka klientów przy braku listonoszy, którym nie w smak ciężkie torby. Jerzy Turek, czyli Józef Garliński ze „Złotopolskich” — to tylko na prowincji takie cuda. Za spokojny, zbyt wypoczęty. Oszczędności nawet ma.

— Zenon Laskowik był w tym fachu wybitny, a w Poznaniu robił — kontruje Sławomir Redmer, przewodniczący Federacji NSZZ Pracowników Łączności w Polsce.

Federacja, powiązana z OPZZ, liczy ponad 22 tys. członków. Solidarność ma o 9 tys. mniej. To dwa tzw. reprezentatywne związki w Poczcie, pozostałe 44 organizacje liczą najczęściej od 200 do 300 osób. Razem daje to jakieś 55 proc. pocztowej załogi.

— Spotkania z przedstawicielami central związkowych przypominają niekiedy czasy niesławnej demokracji szlacheckiej. Na sali siedzi 90 osób, każda z nich o różnym przygotowaniu merytorycznym. Kiedy już się wydaje, że coś jest uzgodnione, ktoś nagle się budzi i mówi „nie pozwalam!” — opisuje Andrzej Polakowski.

Dyrektor-strażak

— Mniej więcej 30 proc. mojego czasu pracy zabierają sprawy związkowe, ale w firmie o takim poziomie uzwiązkowienia to niezbędne — zaznacza dyrektor generalny PP.

Jeśli poszperać w sieci, to widać, że wśród pocztowców wrze nie tylko z powodu zarobków. Każdy ich komputer z dostępem do internetu ma komunikator.pp, pocztowy program á la gadu-gadu. Prawdziwe boje toczą się na forum komunikatora, pilnie śledzonego przez władze PP i związkowców. Bryluje tam niejaki Snycerz, czyli Zdzisław Augustyński, kierownik zmiany we Wrocławiu. Ma też swojego bloga, gdzie polemiczny sos jest jeszcze ostrzejszy. Tępi pocztowe absurdy, wytyka błędy. A kasa?

Średnio pracownicy Poczty wyceniają swoją pracę na 2244 zł netto (3388 zł brutto). Więcej niż średnia krajowa w sektorze przedsiębiorstw, która według GUS z IV kwartału 2007 r. wynosi 3105 zł brutto — głoszą badania PP.

Komentarz anonimowego związkowca:

— Przy spadającym bezrobociu na poczcie zostają ci blisko emerytury, bez ambicji lub nierzadko życiowo nieudolni. I to oni mają pociągnąć firmę do góry?

Można postawić tezę, że gdyby pocztowcy dobrze zarabiali, nie obchodziłoby ich specjalnie, czy firma gotowa jest na liberalizację rynku (nie jest), jak tam z obsługą klientów (słabo), co z wydajnością i rentownością (średnio). Teraz ich to drażni, widzą, że można lepiej, tak by przyciągnąć więcej pieniędzy. A z tego będzie na podwyżki.

— Optymistycznie patrzę w przyszłość — to ostatnie zdanie zaklęcie z kodeksu pracownika PP.

Są więc ogłoszenia z ofertami pracy dla optymistów. Listonoszy nie kusi się „atrakcyjnymi zarobkami”, ale „ciekawą pracą” i „rozwojem zawodowym”. Może ktoś się skusi. A na razie w okienku pocztowym w centrum betonowego miasta można nabyć nasiona ogórków i lwiej paszczy karłowatej. Będzie rynkowy hit? Być może odpowiedź na to czai się w zestawie edukacyjnym Mała Poczta. Już za 20 zł i 17 gr. n

Listonosz wzorowy

Jerzy Turek (rocznik 1934) zagrał w wielu filmach, tworząc sympatyczne kreacje prostych ludzi, jak choćby szeregowca Orzeszko w „Gdzie jest generał” czy Wacława Jarząbka, trenera II klasy w klubie sportowym Tęcza w „Misiu”. Widzów serialu „Złotopolscy” ujął rolą dobrotliwego listonosza Józefa Garlińskiego.

Niespodziewane powroty

Zenon Laskowik (rocznik 1945) po sukcesach kabaretu Tey, który założył w 1970 r. razem z Krzysztofem Jaślarem, po wielu latach pracy na estradzie na początku lat 90. wycofał się z życia artystycznego i został listonoszem w Poznaniu. Nawet wówczas nie opuszczało go poczucie humoru. Pod pokrywą skrzynki pocztowej w Samodzielnej Pracowni Inżynierii Rehabilitacyjnej i Biomechaniki IBIB PAN w Poznaniu jeden z pracowników umieścił napis „Dzień dobry panie listonoszu nasz”. Następnego dnia Laskowik zostawił odpowiedź: „Pan z wami”. Na estradę powrócił 18 listopada 2003 r. premierą pierwszego spektaklu kabaretowego przygotowanego przez Platformę

Artystyczną O.B.O.R.A. „Niespodziewane powroty, czyli twórzmy klimacik”.

Karol Jedliński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu