TVP już ogłosiła, a premier zwleka

26-07-2018, 22:00

Przy warunku większości bezwzględnej głosy wstrzymujące się zawsze mają znaczenie prawne identyczne, jak przeciwne.

Prezydent Andrzej Duda referendalną klęskę, zadaną mu w środę przez Senat z rozkazu prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ciężko przeżywa na urlopowym odosobnieniu. Publicznie pokaże się jedynie na obchodach 74. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, a także w najbliższą niedzielę na… obozie harcerskim. Trudno nie mieć wrażenia déją vu — rok temu przełom lipca i sierpnia w kalendarzu głowy państwa wyglądał identycznie, tyle że przyczyną unikania wtedy jakichkolwiek wypowiedzi medialnych było szokujące PiS zawetowanie dwóch strategicznych dla wszechrządzącej partii ustaw sądowych.

Zobacz więcej

Marszałek Stanisław Karczewski od dawna informował Andrzeja Dudę o niezgodzie PiS na przeprowadzenie referendum 10-11 listopada 2018 r. Fot. Michał Dyjuk - FORUM

Ekipa tzw. dobrej zmiany gwałtownie usiłuje zmniejszyć straty wizerunkowe. Stanisław Karczewski, marszałek Senatu, potwierdził to, co było ogólnie wiadome od miesięcy — w bezpośrednich rozmowach Andrzej Duda był informowany o niezgodzie PiS na przeprowadzenie referendum w niepodległościowy weekend 10-11 listopada 2018 r., zatem w środę prezydent nie mógł poczuć się zaskoczony. Czemu mimo wiedzy brnął do końca w terminowy absurd — naprawdę może powiedzieć tylko on sam. Przypomnijmy, że referendalny wniosek przepadł stosunkiem 10:30, przy 52 głosach wstrzymujących się i 8 senatorach nieobecnych. Przy warunku większości bezwzględnej głosy wstrzymujące się zawsze mają znaczenie prawne identyczne, jak przeciwne! Dlatego podkreślanie obecnie przez marszałka, że żaden z senatorów PiS nie zagłosował przeciwko własnemu prezydentowi (z 63-osobowego klubu za referendum było 9, przeciw 0, wstrzymało się 50, nie głosowało 4), to gigantyczna hipokryzja. Projekt konstytucyjnego referendum wyrzucili do kosza, rzeczywiście uderzając nie z politycznej pięści na wprost, lecz lajtowo i wstydliwie z boku.

W długiej debacie Senatu pobocznie wystąpił jeden ciekawy, a mało nagłośniony wątek. Otóż premier Mateusz Morawiecki do tej pory nie postawił kalendarzowej kropki nad „i”, wstrzymując podpisanie (mógł to zrobić już od 16 lipca) rozporządzenia wyznaczającego termin wyborów samorządowych. Spośród trzech kodeksowych wariantów teoretycznych tzw. oczywistością od miesięcy jest najwcześniejszy — czyli wybory w niedzielę 21 października, z drugą turą w części gmin (w 2014 r. było ich 36 proc., teraz może to dotyczyć nawet połowy) w niedzielę 4 listopada. Notabene taki właśnie termin już ogłosiła, jako... zdecydowany, rządowa Telewizja Polska! Niemniej w środę podczas dyskusji Senatu na stole leżał — czysto teoretycznie, ale leżał — także wariant z wyborami 28 października i drugą turą 11 listopada. To rzecz jasna kalendarzowy absurd, niemniej przed głosowaniem Senatu przebijał się jako jeszcze jeden argument… wykluczający referendum. Pozwala to lepiej zrozumieć, czemu Mateusz Morawiecki taktycznie wstrzymywał się z formalnym ogłoszeniem terminu wyborów. Ale obecnie, gdy PiS fatalny wniosek prezydenta już wyrzuciło, naprawdę nic nie przeszkadza premierowi w niezwłocznym zarządzeniu samorządowych wyborów.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / TVP już ogłosiła, a premier zwleka