Z Ameryki
Nadchodzący i poprzedni tydzień to okres, kiedy na rynku USA pojawia się największa ilość ostrzeżeń. Zakończy się też kwartał i miesiąc – ostatnie wzrosty mogły być efektem robionego przez fundusze „windows dressing”, ale indeksy i tak zanotowały kolejny, piąty tydzień spadków.
Nie widzę innych powodów środowo – czwartkowych wzrostów (oprócz dodatkowo czysto technicznych – trudno było przypuszczać, że lipcowe dno zostanie pokonane z marszu), bo dane makro wcale dobre nie były. Indeksy zaufania spadły nieco mniej niż prognozowano, ale jednak spadły. Rynek nieruchomości przystopował (sprzedaż nowych domów była większa od prognoz, ale poprzednie dane obniżono).
Przy okazji warto wspomnieć o tym, że analitycy ostrzegają, iż może powstać problem z utworzonymi przez Kongres w 1970 roku Fannie Mae I Freddie Mac. To są instytucje mające zapewnić dopływ funduszy na rynek nieruchomości. Dla Fannie Mae szybko spadająca rentowność obligacji i masowe refinansowanie kredytów hipotecznych powoduje olbrzymie problemy. Niewypłacalność tej spółki wstrząsnęłaby rynkiem w sposób niewyobrażalny. Na razie to tylko mglista możliwość, ale trzeba sytuację ciągle monitorować.
Amerykański konsument powoli zaczyna mniej kupować. W zeszłym tygodniu zmniejszyła się sprzedaż w sklepach czynnych przynajmniej od roku. Wal- Mart oświadczył, że sprzedaż będzie w dolnych granicach oczekiwań, a Federated Department Stores, że mniejsza od prognoz. Nic dziwnego, że Merrill Lynch zalecił inwestorom ograniczanie się z inwestowaniem w spółki, których zyski zależą od wydatków konsumentów i poinformował, że prognozuje wzrost bezrobocia. Ciekawe, że te informacje nie wywołały przeceny na rynku akcji. Wszak 60 proc. gospodarki to zależy od konsumenta. Takie zachowanie giełdy to wyłącznie zasługa pozytywnego testu lipcowego dna i końca kwartału.
Fed w minionym tygodniu stóp nie obniżył. Po prostu nie mógł – musi zostawić sobie ostatni nabój na czas po rozpoczęciu wojny z Irakiem. Protokół z posiedzenia FOMC z 13.08 stwierdza, że stopy procentowe mogą być obniżone w przypadku „... dalszego znacznego osłabienia perspektyw rozwoju gospodarki, które nałożyłoby się na dodatkowe pogorszenie na rynkach finansowych”. Inaczej mówiąc: nie jest jeszcze tragicznie, a w razie czego nie martwcie się, Fed was uratuje. To pomogło rynkowi we czwartek. Tyle, że przecież taka obniżka rynku nie uratuje, więc to jest kompletnie fałszywa baza do wzrostu.
Po ostatnim posiedzeniu komunikat Fed nie zawierał żadnych rewelacji, ale podkreślał, że niepewność wynikająca z geopolitycznego ryzyka może utrudnić ożywienie gospodarcze. Był taki prezydent przed obecnym, który wygrał wybory pod hasłem „gospodarka, głupcze!”. Obecny wyraźnie o tym zapomniał i woli wojaczkę. Ciekawe, że nikt nie pisze, że właśnie tą zapowiedzią wojny dobija gospodarkę. Tym komunikatem Fed potwierdził oficjalnie to, co i tak wszyscy wiedzieli. Powstaje pytanie: po co kupować akcje, jeśli ożywienie jest niepewne, a sytuacja ma się wyjaśnić po ataku na Irak? Wniosek: dopóki nie będzie tego ataku, nie można liczyć na wyraźną poprawę sytuacji na giełdach.
Jeśli patrzymy na geopolitykę to obserwowałbym również bardzo konflikt Indie-Pakistan – ostatnio uległ znacznemu zaostrzeniu. Jak podaje Reuters minister spraw wewnętrznych Indii, I. D. Swami powiedział, że Indie użyją wszystkich środków, żeby wygrać „proxy war” z Pakistanem (chodzi o akty terroru). Pytany czy to może oznaczać wojnę Indie – Pakistan odpowiedział: „Powiedziałem, że wszystkie opcje wchodzą w rachubę”. Tego tylko brakowałoby do kompletu.
W nadchodzącym tygodniu dane makro są niezwykle istotne. Przede wszystkim dowiemy się jak wyglądał we wrześniu indeks aktywności gospodarczej. Prognozy mówią o wzroście, a ja wcale nie byłby tego pewien. Poza tym zobaczymy, jakie były w sierpniu zamówienia w fabrykach. Wreszcie dostaniemy najważniejsze chyba informacje o bezrobociu. Szczególnie, jeśli chodzi o te ostatnie dane to mam duże obawy. Mocno podejrzewam, ze dane za sierpień zostaną zweryfikowane na niekorzyść rynku, a stopa bezrobocia przekroczy we wrześniu 6,0 proc.
Najgorsze jest to, że w USA w czasie spadków widać było przygnębienie, ale nie było strachu. Gdyby pojawiło się przerażenie to jednym ruchem (i dużym spadkiem) atmosfera zostałaby oczyszczona i można by było mówić o odwrocie w średnim terminie. Jeśli tego nie będzie to pozostaje osuwanie się, które może potrwać dużo dłużej i poczynić dużo większe szkody. Bardzo bym się dziwił, gdyby wsparcia rynek utrzymały. Na S&P 500 pokonanie 800 pkt. jest zapowiedzią ruszenia do 650 pkt. Gdyby jednak rynek jakoś się uratował to opór jest na 880 pkt.
Z Polski
Nasz rynek zachowywał się w tym tygodniu bardzo dziwnie. Mocne kupno powstrzymywało przecenę, kiedy indeksy na świecie wpadły w spiralę spadków.
W chwili, kiedy zaczęły się wzrosty nasz rynek stał się najsłabszy na świecie. Nasze fundusze specjalizują się jak widać nie w „windows dressing” a w „windows stripping”, co doskonale było widać na dwóch ostatnich sesjach.
RPP obniżyła stopy o 50 pkt. Cieszę się, że wreszcie, bez żadnych uwag mogę powiedzieć, że decyzja była bardzo słuszna i pomagająca zarówno rządowi jak i gospodarce. Szczególnie cenna jest ta decyzja po miażdżącej krytyce budżetu przez „niezależnych” ekonomistów i po tym jak w ankiecie Reutersa została zaprezentowana opinia, że obniżając stopy RPP „może udzielić rządowemu projektowi budżetu na 2003 rok pewnego rodzaju wotum zaufania”. Fakt, że Rada zgrabnie ominęła tę rafę wyrażając zaniepokojenie projektem i zostawiając na później jego ocenę. Mam wrażenie jednak, że postawa RPP ulega zmianie. Może w końcu zauważa, że sytuacja jest bardzo ciężka.
Projekt budżetu i wystąpienia ministra Grzegorza Kołodki wywołały bardzo mocną krytykę. Niestety, może być w niej dużo racji. Projekt budżetu robi wrażenie, delikatnie mówiąc, niezwykle optymistycznego. Bardzo bym chciał usłyszeć jak minister poradzi sobie w przypadku, kiedy gospodarki światowe zanurzą się w recesji, albo stagnacji. Poza tym bardzo nie podoba mi się mniejsza od oczekiwanej redukcja podatku CIT – obniżka podatku bardziej przysłużyłaby się gospodarce niż dawanie pieniędzy z budżetu. Widzę, że ideą jest wywołanie ożywienia krajowego (bardzo słusznie) nawet kosztem inflacji, ale zmniejszenie podatku firmom mogłoby dać więcej miejsc pracy i pieniędzy do wydania niż przeznaczenie ich dla sfery budżetowej.
Grzegorz Kołodko jest niezwykle mocno krytykowany za swoje ekstrawaganckie zachowanie. Uważam, że niepotrzebnie. Ponad 90 proc. społeczeństwa kompletnie nie rozumie terminów ekonomicznych. Dotrzeć do nich można tylko wtedy, jeśli będą chcieli słuchać, a będą chcieli wtedy, jeśli coś ich zainteresuje. Teatr profesora Kołodki musi przyciągać widzów. Jeśli kogoś przekona prostymi argumentami to tym lepiej. Jeśli ludzie w coś wierzą to może się to stać samosprawdzającą przepowiednią. Minister jednak popełnia błąd: rozdrażnia media nie odpowiadając na pytania i nie przyjmując zaproszeń do popularnych programów publicystycznych. To w konsekwencji daje ataki na jego osobę i znacznie obniża skuteczność oddziaływania na społeczeństwo.
Nadal nie można wykluczyć, że ciągle trwa próba akumulacji w nadziei na to, że proces wchodzenia do Unii Europejskiej wywoła hossę. Niepokojąca jest w tym kontekście opinia agencji Fitch, która twierdzi, że rozszerzenie UE może się opóźnić o rok do dwóch. Ten raport mógł być powodem ochłodzenia nastrojów. Nie można wykluczyć, że wpływ sytuacji w Brazylii, gdzie wybory są 6.10 i obawy o niewypłacalność tego kraju pod rządami lewicowego prezydenta też będą wpływały na rynki rozwijające się.
Wielu analityków nie wierzy w możliwość hossy wynikającej z perspektywy wejścia do UE i nie widzi powodów dla takiego ruchu. Niektórzy mówią o tym, że ta idea istnieje od wielu lat (sic!) i zawsze kończyła się przeceną. Warto zadać pytanie: po co wchodzimy do UE? Odpowiedź na nie zawiera również powody ewentualnego wzrostu. Ograniczę się do tego, co wszyscy zrozumieją. Po prostu zawsze i w każdym kraju wchodzącym do UE tak było. Giełda to psychologia. Dlatego istnieją „efekty stycznia”, „złe wrześnie” itp. itd. Dlatego i tutaj są takie oczekiwania. A obecnie są o tyle uzasadnione, że po prostu jest już bardzo, bardzo blisko istotnych decyzji. Czy możliwe, że teraz będzie inaczej? Możliwe, ale tylko wtedy, jeśli rynki światowe wejdą w spiralę spadków. Wtedy rynki krajów aspirujących do UE będą mocniejsze, ale spadać też będą. Akumulować można w różny sposób. Fundusz to nie indywidualny inwestor, który może napełnić i opróżnić portfel w czasie jednej sesji. Uważam jedynie, że nasze rynki powinny być bardziej odporne niż w innych krajach.
Październik jest wypełniony datami spotkań i decyzji, które zdeterminują to, kiedy wejdziemy do UE. Najważniejsze jest referendum w Irlandii (19.10). Irlandczycy nie zgodzili się na przyjęcie Traktatu Nicejskiego ustalającego jak będą działać instytucje unijne po rozszerzeniu – teraz mają głosować po raz drugi. Wstępne badania opinii publicznej wskazują, że Traktat zostanie przyjęty, ale jak informuje Reuters pierwszy ogólnokrajowy sondaż opinii publicznej w sprawie referendum zostanie opublikowany w sobotę, a rząd Irlandii ma w tej chwili spore problemy. Kolejne głosowanie na „nie” mogłoby opóźnić wejście Polski do UE nawet o 2-3 lata. Sobotni sondaż powinien mieć duży wpływ na WGPW.
Jeśli się chce złapać dno to trzeba się zamoczyć. To słuszna maksyma. Trzeba wybierać: albo czekać na wyjście ze stabilizacji i początek gry pod UE (wtedy można stracić pierwsze nawet kilkanaście procent wzrostu), albo próbować zajmować małe pozycje już teraz licząc się z tym, że chwilowo mogą przynieść straty. Jeśli ktoś nie chce podejmować takiego ryzyka to musi zapomnieć o wszelkich szumach wokół rynku i posługiwać się wyłącznie analizą techniczną: kupować, kiedy WIG -20 przekroczy 1120 pkt. i sprzedawać, kiedy przełamie 1040 pkt.