Tzw. dobra zmiana zjada własne dzieci

07-12-2017, 22:00

Na szczyt Rady Europejskiej 14 grudnia musi z Polski lecieć reprezentant pełnoprawny, a nie jakiś prowizoryczny.

Wniosek o wotum nieufności wobec ministra, nawet ocenianego kiepsko przez premiera, natychmiast radykalnie umacnia jego pozycję polityczną. Rządząca większość twardo staje w obronie, nie dopuszczając do sytuacji, by opozycja meblowała gabinet. Dlatego jeszcze nigdy w dziejach III Rzeczypospolitej Polskiej żaden minister nie został usunięty w trybie sejmowym, wymagającym zebrania przez opozycję 231 głosów. Zdarzało się jednak, że obroniony członek rządu później bywał sczyszczany przez premiera, ale musiało upłynąć trochę czasu, by nikt nie łączył takiej decyzji z wcześniejszą, oczywiście „niesłuszną” argumentacją opozycji.

Zobacz więcej

Przewidując triumf w sprawie konstruktywnego wotum nieufności Beata Szydło założyła żółtą koszulkę, pardon, żakiet lidera… FORUM

Rekordowy był w 2000 r. przypadek ministra skarbu Emila Wąsacza, który od wotum nieufności ledwie się wywinął — za było aż 229 posłów, w tym część rządzącej wówczas Akcji Wyborczej Solidarność (w koalicji ze znacznie mniejszą Unią Wolności). Z pozbyciem się ministra po cichu z własnej inicjatywy premier Jerzy Buzek taktycznie odczekał pół roku.

Na logikę takie same zasady gierek politycznych powinny obowiązywać wobec prezesa Rady Ministrów. Przypomnę, że wobec tego stanowiska Konstytucja RP przewiduje trochę inny tryb — jednocześnie z odwołaniem poprzedniego premiera trzeba w tym samym głosowaniu wybrać zgłoszonego nowego. Ale sens polityczny w części odwołującej jest identyczny.

Dlatego gdy wczoraj Sejm stosunkiem 168:239, przy 17 posłach wstrzymujących się i 36 niegłosujacych, odrzucił wniosek Platformy Obywatelskiej o konstruktywne wotum nieufności wobec rządu Beaty Szydło (czyli stosunkiem 239:168 jej zaufał) — razem z kwiatami triumfująca premier powinna natychmiast otrzymać od prezesa Jarosława Kaczyńskiego przedłużenie kontraktu. Przecież cieszy się sporym osobistym poparciem społecznym, które ma ogromny udział w partyjnych sondażach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. Jednak tzw. dobra zmiana, którą Beata Szydło propagowała setki razy, okazuje się bezwzględna i krwiożercza niczym rewolucja, która, jak wiadomo, zjada własne dzieci…

W momencie wysyłania tego komentarza do druku nie miałem wiarygodnego przecieku, który z premierowskich wariantów zwycieżył w głowie Jarosława Kaczyńskiego. Przypomnę je sprzed dwóch dni: a) premier Beata Szydło zostaje; b) rząd formalnie przejmuje Jarosław Kaczyński; c) na szefa rządu awansowany zostaje Mateusz Morawiecki. Środowisko PiS w różnych wypowiedziach dawało wczoraj do zrozumienia, że wariant a) ma najmniejsze szanse. W każdym z dwóch pozostałych wariantów prezydent Andrzej Duda desygnowałby nowego prezesa Rady Ministrów migiem, by najpóźniej we wtorek 12 grudnia już formalnie go powołać wraz z całym rządem.

Ze względu na relacje Polski z Unią Europejską w czwartek 14 grudnia rano na szczyt Rady Europejskiej musi lecieć reprezentant pełnoprawny, a nie jakiś prowizoryczny. Notabene unijny kalendarz mają w głowie również w Czechach, dlatego desygnowany na premiera Andrej Babisz zostanie zaprzysiężony z nowym rządem dosłownie w wigilię szczytu, czyli w środę 13 grudnia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Tzw. dobra zmiana zjada własne dzieci