Ten rok będzie stał w ubezpieczeniach pod znakiem rehabilitacji. Towarzystwa zabrały się do budowania własnych sieci ośrodków rehabilitacyjnych. To sposób na poprawienie rentowności komunikacyjnego ubezpieczenia OC. Rocznie branża wypłaca z jego tytułu już prawie 6 mld zł. 20 proc. tej kwoty jest przeznaczone nie na naprawę samochodów, a na świadczenia związane ze szkodami osobowymi.
To skutek działalności kancelarii odszkodowawczych, za sprawą których kwoty odszkodowań za uszczerbek na zdrowiu, świadczenia związane z kosztami leczenia czy też renty dla osób niemogących wrócić do pracy z roku na rok błyskawicznie idą w górę. I są coraz poważniejszym obciążeniem dla budżetów ubezpieczycieli.
— Wypłata dożywotniej renty wiąże się z koniecznością zawiązywania wysokich rezerw. W grę wchodzą nawet milionowe kwoty — tłumaczy nam przedstawiciel dużego ubezpieczyciela.
Pionier i naśladowcy
Przez długi czas tylko sopocka Ergo Hestia miała jednostkę zajmującą się organizacją rehabilitacji ofiar wypadków — Centrum Pomocy Osobom Poszkodowanym. Jego szefowa Barbara Stachowiak tłumaczy, że powołanie centrum to wynik analiz długofalowych skutków szkód osobowych. Jednak w ostatnich miesiącach zaczęło się to zmieniać. Inne firmy zauważyły, że dzięki temu mogą złapać finansowy oddech, bo zdrowy poszkodowany nie potrzebuje renty.
— Widać rosnące zainteresowanie branży ubezpieczeniowej organizacją usług rehabilitacyjnych. Wynika to z chęci ograniczenia kosztów — przyznaje Piotr Nalepa, prezes Serenity, spółki z branży rehabilitacyjnej, która od kilku lat pracuje dla Ergo Hestii. Sygnał do startu dał lider rynku — PZU, który postanowił zbudować ogólnopolską sieć placówek partnerskich, które zajmą się rehabilitacją ofiar. Dzięki przetargom, które rozstrzygnął w ostatnich miesiącach, potroił liczbę partnerów.
— Mamy już ponad 20 ośrodków na terenie całego kraju — mówi Julita Zielińska, dyrektor ds. likwidacji szkód osobowych w PZU. W kolejce za liderem ustawiają się pozostali najwięksi ubezpieczyciele.
— My też przygotowujemy się do wdrożenia programu rehabilitacji poszkodowanych. Jesteśmy na etapie wyboru partnerów, z którymiw ciągu najbliższych miesięcy rozpoczniemy współpracę — mówi Marcin Jaworski, rzecznik Warty.
— Prowadzimy rozmowy w sprawie rehabilitacyjnego programu pilotażowego z komercyjnymi podmiotami, które mają doświadczenie w organizowaniu profesjonalnej obsługi dla poszkodowanych — mówi Maciej Jakubowski, wicedyrektor biura likwidacji szkód w PTU.
Im drożej, tym lepiej
O organizowaniu rehabilitacji we własnym zakresie poważnie myślą także inni. Moda dociera do mniejszych towarzystw, które nie mają olbrzymich portfeli polis komunikacyjnych. Link4 rozmawia z Europe Assistance Polska. Inne firmy assistance też są zainteresowane wejściem na ten rynek.
— Na razie mamy za mało przypadków poważnych szkód osobowych, by nam się to opłacało. Ale w przyszłości, kiedy urośniemy, na pewno zainwestujemy w rehabilitację — mówi nam szef likwidacji szkód w towarzystwie z drugiej dziesiątki rynku majątkowego.
Jego zdaniem, korzyści finansowe są oczywiste. Wyleczenie poszkodowanego, któremu nie trzeba do końca życia wypłacać kilku tysięcy złotych miesięcznie renty, daje poważne oszczędności. To najważniejszy motyw ubezpieczycieli. Drugim są koszty bieżących usług rehabilitacyjnych, które wymykają im się spod kontroli.
Codziennością są zawyżone rachunki czy prowadzenie leczenia dłużej, niż to jest konieczne. Część naszych rozmówców twierdzi, że odpowiadają za to kancelarie odszkodowawcze.
— Dostają prowizje od odszkodowań wypłacanych w gotówce. Dlatego zależy im, by rehabilitacja odbywała się na podstawie rachunków — im będą wyższe, tym lepiej. Tymczasem ubezpieczyciele rozliczają się z własnymi sieciami bezgotówkowo, co oznacza dla kancelarii koniec złotego biznesu — tłumaczy osoba związana z branżą medyczną.
— Nawet 90 proc. klientów, którzy odnieśli szkody osobowe, kontaktuje się z nami za pośrednictwem pełnomocników. Kancelarie odszkodowawcze biorą na siebie organizację rehabilitacji i zniechęcają klientów do korzystania z naszej pomocy — mówi Julita Zielińska.
W efekcie zdarza się, że do ubezpieczycieli trafiają wygórowane rachunki za usługi nieznanych ośrodków, które w dodatku stosują kontrowersyjne i niekoniecznie skuteczne sposoby leczenia, jak np. bioprądy.
To wierzchołek góry lodowej. W branży głośne są też przypadki wożenia dziecka na zabiegi karetką z Trójmiasta do Krakowa i wystawiania rachunków za usługi transportowe (kancelaria odszkodowawcza odpowiada, że był to jedyny sposób na rehabilitację ofiary wypadku, bo publiczna służba zdrowia odmówiła zajęcia się tym przypadkiem).
Podwójny zysk
O tym, jak dochodowy jest ten biznes dla kancelarii, świadczy choćby fakt, że jeden z liderów rynku odszkodowawczego w Polsce — firma Votum — ma własne centrum rehabilitacyjne, które właśnie zaczyna rozbudowywać. Obecnie placówka ma m.in. 11 gabinetów terapeutycznych i basen. Jak twierdzą przedstawiciele spółki, dotychczas skorzystało z jej usług 1,3 tys. pacjentów, z czego 30 proc. to klienci Votum.
OKIEM KANCELARII
Nie zarabiamy na rehabilitacji
BARTŁOMIEJ KRUPA
członek zarządu Votum oraz prezes Polskiej Izby Doradców i Pośredników Odszkodowawczych
Konsekwentne działania rzecznika ubezpieczonych oraz rozpowszechnienie usług kancelarii odszkodowawczych były wymuszone polityką ubezpieczycieli nastawioną na minimalizację kosztów odszkodowań. Histeryczne ataki na kancelarie i tworzenie teorii spiskowych to reakcja obronna i próba zrównania w odbiorze społecznym wizerunku kancelarii i ubezpieczycieli. Standardem stały się wypowiedzi przedstawicieli Polskiej Izby Ubezpieczeń, oparte na niezweryfikowanych pseudosensacjach, szkalujące kancelarie.
Oczywistą nieprawdą jest to, że poszkodowani są kierowani na rehabilitację, aby kancelarie mogły zarobić podwójnie — na wynagrodzeniu za dochodzenie roszczeń i zabiegach. Coraz większa część kancelarii, wzorem Votum, nie pobiera żadnego wynagrodzenia od uzyskanych refundacji kosztów leczenia, aby zapewnić całkowitą bezkosztowość rehabilitacji, tak jakby finansował ją NFZ.
Różnica dotyczy tylko jakości i szybkości, bo pacjent nie musi czekać w kolejce kilka miesięcy.
Zakłady ubezpieczeniowe chciałyby zjeść ciastko i mieć ciastko — nie ponosić kosztów rehabilitacji i płacić niskie zadośćuczynienia. Kończy się to w sądzie, gdzie ubezpieczyciele systematycznie przegrywają z nami procesy.
Odcięcie kancelarii od usług rehabilitacyjnych będzie oznaczało dla ubezpieczycieli oszczędności. Jak wskazują dane PZU (porównanie stawek z rachunków, przedstawianych przez klientów i z własnej sieci), mogą one sięgać nawet 25 proc. kosztów rehabilitacji. Zabiegi dla osób, które nie ucierpiały w wypadku zbyt poważnie, kosztują kilka tysięcy złotych.
Ale już w przypadku ciężej poszkodowanych — jak pokazuje praktyka Ergo Hestii — koszty wynoszą przeciętnie 20 tys. zł, a mogą sięgać nawet 80-100 tys. zł za jednego pacjenta.