Zdaniem niektórych specjalistów, polski rynek multimediów edukacyjnych nie jest konkurencyjny. W szczególności dotyczy to oferty komputerowych pomocy naukowych skierowanych do szkół. Wysiłki przedstawicieli MENiS, zmierzające do kreowania zdrowego, konkurencyjnego rynku programów edukacyjnych, spełzają na niczym, głównie za sprawą braku pieniędzy.
W teorii na proces informatyzacji polskich szkół powinno się składać: wyposażanie placówek edukacyjnych w komputery, oprogramowanie edukacyjne oraz szkolenia nauczycieli. Praktyka pokazuje jednak, że o ile na dostawę komputerów i oprogramowania systemowego środki budżetowe jeszcze się znajdują, to już na oprogramowanie edukacyjne i szkolenia, przeznacza się zbyt małe kwoty.
— To, co nazywa się w naszym kraju informatyzacją szkół, jest tak naprawdę jedynie ich komputeryzacją. Szkołom dostarcza się przede wszystkim komputery, zapominając o oprogramowaniu edukacyjnym, bez którego komputery stają się bezużyteczne. Na Zachodzie decydenci zdają sobie z tego doskonale sprawę. Dobrym przykładem może tu być chociażby Holandia, gdzie drogą ustawową zastrzeżono, iż 15 proc. środków trafiających do szkół musi zostać przeznaczone na zakup komputerowych pomocy naukowych — mówi Waldemar Kucharski, prezes firmy Young Digital Poland (YDP).
— Rozumiem poirytowanie dostawców multimediów edukacyjnych, którzy szczególnie ostatniego roku nie mogą zaliczyć do udanych. Pod koniec 2001 roku, z powodu dziury budżetowej, zablokowano nam bowiem 44 mln zł, z których większość chcieliśmy przeznaczyć na zakup oprogramowania edukacyjnego — tłumaczy Jerzy Dałek, doradca ministra, odpowiedzialny za sprawy edukacji informatycznej w Ministerstwie Edukacji Narodowej i Sportu.
Jerzy Dałek, odpierając zarzuty przedstawicieli firm tworzących oprogramowanie edukacyjne, przytacza statystyki, z których wynika, że w ciągu ostatnich kilku lat na oprogramowanie przeznaczano średnio 20 proc. środków przewidzianych w rezerwie celowej na informatyzację szkół. Przedstawiciel resortu edukacji zwraca również uwagę, że z pozoru niewielkie zakupy oprogramowania edukacyjnego w Polsce relatywnie nie odbiegają od nakładów ponoszonych na ten cel w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej. Zdaniem naszego rozmówcy, różnica w ponoszonych nakładach wynika przede wszystkim z tego, że w Polsce jeden komputer przypada na 30 uczniów, natomiast na Zachodzie współczynnik ten kształtuje się jak jeden do pięciu.
— Jeszcze w 2000 roku do każdego komputera kupowaliśmy o około 10 różnego rodzaju programów edukacyjnych. Niestety w roku 2001, ze wspomnianych wcześniej względów, praktyka ta nie była kontynuowana — ubolewa Jerzy Dałek.
Z wyliczeniami naszego rozmówcy nie zgadzają się przedstawiciele firm dostarczających multimedia edukacyjne do szkół.
— Moim zdaniem, w ramach programu informatyzacji szkół MENiS przeznacza co najwyżej 5 proc. środków na oprogramowanie edukacyjne. Sądzę, że 20 proc., o których wspominał przedstawiciel ministerstwa, to suma wydatków ponoszonych na systemy operacyjne, aplikacje biurowe i programy edukacyjne. Warto jednak zauważyć, że szczególnie system operacyjny jest integralną częścią danego komputera, dlatego nie powinno się go wsadzać do jednego worka w oprogramowaniem edukacyjnym — mówi Waldemar Kucharski.
Jednym z dwóch podmiotów, którym udało się w ubiegłym roku sprzedać większe ilości oprogramowania edukacyjnego do szkół w ramach centralnych zakupów MENiS, była warszawska spółka Elbox — Pomoce Dydaktyczne.
— W bardzo słabym 2001 roku udało się nam sprzedać MENiS oprogramowanie o wartości 900 tys. zł. Mimo że nie jest to suma zawrotna, dla naszej firmy kontrakty z ministerstwem są źródłem 50-70 proc. przychodów. Ponieważ co roku kwoty przeznaczane na informatyzację są coraz skromniejsze, szukamy nowych rynków. Paradoksalnie, lepiej nam to idzie poza granicami kraju — mówi Paweł Berna, dyrektor generalny firmy Elbox — Pomoce Dydaktyczne.
Na zagraniczne rynki z apetytem spoglądają również zarządzający firmą Young Digital Poland, która chyba najbardziej zawiodła się na MENiS w ubiegłym roku.
— Od dwóch lat przychody naszej firmy pozostają na nie zmienionym poziomie około 16 mln zł. Aby zwiększyć przychody, staramy się zwiększać eksport, którego udział w przychodach w 2001 roku wyniósł blisko 35 proc. W tym roku spodziewamy się zwiększenia eksportu do 50 proc., przy zachowaniu zbliżonej sprzedaży na rynku krajowym — mówi Waldemar Kucharski.
Choć dostawcy oprogramowania narzekają, że MENiS kupuje za mało, raczej żaden z nich nie kwestionuje zasad, na jakich realizuje się dostawy dla szkół.
— W obecnej sytuacji tylko zakupy scentralizowane dają nadzieję na szybkie zinformatyzowanie szkół i standaryzację nauczania. Mam tu na myśli zarówno dużo niższy koszt zakupu oprogramowania, jak i jakość dostarczanych rozwiązań — mówi Paweł Bernas.
Opinię tę podziela również prezes YDP, mimo że jego firma nie zarobiła zbyt wiele na kontraktach z MENiS.
— Dzięki procedurom przetargowym, MEN uzyskuje bardzo atrakcyjne ceny, sięgające nierzadko 10 proc. ceny rynkowej. Paradoks polega jednak na tym, że w przypadku wielu rodzajów oprogramowania organizowanie przetargów nie ma sensu, ponieważ na rynku dostępny jest tylko jeden produkt — mówi Waldemar Kucharski.
Nad takim stanem rzeczy ubolewa również Jerzy Dałek z MENiS. Twierdzi on, że konieczność stosowania procedur przetargowych w przypadku, gdy w grę wchodzi tylko jeden dostawca, nie ułatwia informatyzacji szkół.
— Niski poziom rozwoju rynku i jego niewielka konkurencyjność w połączeniu ze sztywnymi procedurami nie ułatwiają nam życia. Dlatego również w interesie MENiS jest kreowanie konkurencyjnego rynku, a nie utrzymywanie quasi-monopoli. Mamy już na tym polu sporo sukcesów, ale do osiągnięcia pełni szczęścia ciągle brakuje pieniędzy — uważa Jerzy Dałek.
