Jeżeli rzeczywiście popieramy Ukrainę w staraniach o przyjęcie do Unii Europejskiej, to powinniśmy zalegalizować pracę jej obywateli w Polsce. Wzorem powinna być postawa RFN, która już w roku 1972 przyznała ówczesnej PRL idący w dziesiątki tysięcy osób limit zatrudnienia w budownictwie i usługach technicznych. Wielu Polaków poznało wówczas realia gospodarki rynkowej, pogłębiło swoje kwalifikacje oraz zrozumiało znaczenie jakości i terminowości pracy.
Jest tajemnicą poliszynela, że nieformalnie pracuje u nas co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób z Ukrainy. Przyznanie naszemu wschodniemu sąsiadowi kontyngentu liczącego na przykład 20 tys. osób rocznie ucywilizowałoby zatrudnianie Ukraińców w Polsce, natomiast naszemu rynkowi pracy taka liczba nie zaszkodziłaby. Wiadomo przecież, że z legalnej formy zatrudnienia w Polsce skorzystałyby przede wszystkim osoby, które dotychczas i tak u nas pracują, tyle że „na czarno”. Nie byłyby też konieczne skomplikowane rozwiązania prawne, wystarczyłoby zastosować regulacje obowiązujące we wspomnianym dawnym porozumieniu niemiecko-polskim o realizacji umów o dzieło w budownictwie i usługach technicznych.
Na kontraktach z firmami ukraińskimi na pewno skorzystaliby polscy przedsiębiorcy. Do obsługi pracowników z Ukrainy nie musieliby angażować personelu administracyjnego oraz nadzoru, gdyż wykonanie pracy byłoby rozliczane na podstawie umowy o dzieło. Zdecydowanie poprawiłaby się kondycja wielu naszych firm. I wreszcie — ograniczone otwarcie polskiego rynku pracy wobec Ukrainy byłoby krokiem rzeczywistym, a nie tylko werbalną deklaracją poparcia.
ADAM L. KALUS prezes Baupol Consulting