Uczciwe byłoby wotum zaufania

opublikowano: 27-10-2021, 20:00

Po kolejnej już w obecnej kadencji rekonstrukcji rządu liczba konstytucyjnych członków Rady Ministrów wynosi 23, licząc z premierem. Na starcie po wyborach w 2019 r. było ich 24, czyli bardzo podobnie.

Od wtorku liczebność gabinetu wróciła do wyjściowego stanu po ubiegłorocznym tzw. odchudzeniu, które było fikcją, albowiem sprowadziło się do… żonglerki tabliczkami na niektórych ministerialnych gmachach, w których urzędnicza powierzchnia nie drgnęła nawet o metr. Ciekawsza jest okoliczność, że od początku kadencji utrzymało się tylko 12 ministrów, dokładnie tyle samo odwołano, zaś doszło 11 nowych, czyli z grubsza wychodzi pół na pół. Notabene 15 listopada upływają dwa lata od zaprzysiężenia rządu PiS po wyborach.

Obie okoliczności połówkowe, kalendarzowa oraz personalna, podpowiadają poddanie się przez Mateusza Morawieckiego wotum zaufania. Rzecz jasna nie chodzi o obligatoryjne głosowanie Sejmu po programowym exposé, wymagane przez art. 154 Konstytucji RP. Jest ono prawnie ważne do końca kadencji lub do wymiany w jej trakcie szefa rządu. Mateusz Morawiecki takowe uzyskał 19 listopada 2019 r. stosunkiem głosów 237:214, przy 3 posłach wstrzymujących się i 6 nieobecnych. W trybie art. 160 premier może jednak w każdej chwili wystąpić dobrowolnie do Sejmu o dodatkowe wotum zaufania. Jest to ruch niewątpliwie obarczony pewnym ryzykiem – w razie wyniku pozytywnego nie dzieje się nic, natomiast porażka automatycznie skutkuje dymisją premiera i całego gabinetu.

Konstytucyjne uwarunkowania powodują, że z art. 160 szefowie rządów III RP korzystają w momencie najkorzystniejszym dla nich. Wniosek składają zawsze z zaskoczenia, gdy czują, że znajdują się akurat na politycznej górce. Przez ćwierć wieku takie nagłe i pilne głosowania, zawsze zwycięskie dla wnioskodawców, odbyły się sześć razy. Na przykład Donald Tusk poprosił o wotum zaufania 25 czerwca 2014 r. po wybuchu afery podsłuchowej – przyznajmy, że powód miał naprawdę konkretny. Tego samego chwytu używał już także Mateusz Morawiecki, zarówno w poprzedniej kadencji, jak też w obecnej. 4 czerwca 2020 r. zrobił to za podszeptem Andrzeja Dudy – oczywiście po zaakceptowaniu pomysłu przez najwyższego władcę Jarosława Kaczyńskiego – i wygrał 235:219, przy 2 posłach wstrzymujących się i 4 nieobecnych. Była to niemal kopia wyniku obligatoryjnego głosowania na starcie.

Mateusz Morawiecki poddaje się ocenie Sejmu w dodatkowym wotum zaufania (zdjęcie z 2018 r.) tylko wtedy, gdy sam czuje się na fali, a nie wtedy, gdy jest to potrzebne obiektywnie – tak jak obecnie. Fot. KS

Dodatkowe wotum zaufania realnie służy podbudowaniu dobrego samopoczucia premiera. Ekipa rządząca zawsze się politycznie konsoliduje, powtarzają się w Sejmie triumfalne kwiaty dla szefa rządu po zwycięskiej próbie etc. Tymczasem wczytanie się w ratio legis wspomnianego art. 160 prowadzi do wniosku, że dodatkowego wotum zaufania mogą również oczekiwać i wręcz domagać się… obywatele, którzy chcieliby po prostu wiedzieć, czy Rada Ministrów dysponuje w Sejmie większością potwierdzoną urzędowo. Po ostatnich zawieruchach i odejściu grupki Jarosława Gowina z tzw. Zjednoczonej Prawicy cały czas trwa przecież łatanina. Jarosław Kaczyński dokupuje pojedynczych posłów najróżniejszymi metodami – a to rozda specjalnie utworzony sportowy stołek ministerialny, a to przyzna lokalnej posłance prawo do obsadzenia przez nią prezesury największej polskiej elektrowni etc. Wyniki konkretnych głosowań nad ustawami, w tym również nad trudniejszym odbijaniem poprawek Senatu (obowiązuje większość bezwzględna) potwierdzają, że PiS realnie utrzymuje nad opozycją dosyć pewną przewagę. Ale prawdziwą rangę konstytucyjną w połowie kadencji może mieć tylko postawienie przez premiera uczciwego wniosku o wotum zaufania. Panie Mateuszu, pan się nie boi…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane