Jutro Polska zamknie rozmowy z UE o rybołówstwie. Mimo to rybacy wysyłają do Brukseli skargę na polski rząd.
Po trudnych rozmowach o dostępie unijnych kutrów do polskiej strefy połowów oraz objęciu przez unijną politykę rybacką szprotów i śledzi bałtyckich udało się osiągnąć kompromis. W pierwszym przypadku strona polska poszła na ustępstwo po tym, jak UE uczyniła je w przypadku śledzi i szprotów. Uznanie obu gatunków ryb (które rozmiarem nie kwalifikowały się do średniej unijnej) umożliwiło objęcie ich dopłatami w przypadku połowów paszowych.
Nie wszyscy jednak czują się usatysfakcjonowani.
— Uważamy za wielki błąd zamykanie rozdziału bez wiedzy, jaka będzie polityka rybacka UE. Dyskusja jest bardzo burzliwa, a część zapisów w naszym stanowisku może być dla nas niebezpieczna — twierdzi Maciej Dlouhy, prezes Krajowej Izby Rybackiej.
Rybacy obawiają się m.in. nowego podziału wpływów na Bałtyku. Obecnie mają 20 proc. głosów w Komisji Morza Bałtyckiego. UE planuje ją zlikwidować, gdyż większość jej członków będzie należała do Unii. Partnerami w rozmowach będą wtedy Bruksela i Moskwa.
Niewiadomą jest też wielkość redukcji floty i rekompensat za wycofanie jednostek. Rybacy zamierzają złożyć na ręce Güntera Verheugena, komisarza ds. rozszerzenia UE, skargę na polski rząd.
— Zdaniem rybaków, wycofanie się z pięcioletniego wniosku o zachowanie wyłączności z połowów w polskiej strefie nie było przez nich zaakceptowane i grozi szybkim upadkiem branży. Rybacy wiedzą, że skarga niewiele pomoże. Chodzi jednak o to, by ich zdanie poznała Bruksela — mówi Maciej Dlouhy.