Adam L. Kalus: Ugoda sądowa jest wykorzystywana bardzo rzadko
ŻADNA ŁASKA: Sędzia przewodniczący rozprawie ma obowiązek skłaniać strony do pojednania — przypomina Adam L. Kalus. fot. Borys Skrzyński
Pogarszająca się sytuacja polskiego sądownictwa nie pozostaje bez wpływu na gospodarkę narodową. Wkrótce Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu zatka się pozwami Polaków, którzy będą skarżyć swoje państwo o przewlekłość postępowań, także w licznych sprawach związanych z prowadzeniem interesów. Tymczasem — aby przyspieszyć procedury sądowe — wystarczy częściej wykorzystywać instytucję ugody. Przedtem jednak ktoś powinien wymusić na sędziach, aby zechcieli poczuć się autentycznymi arbitrami.
ZAPAŚĆ wymiaru sprawiedliwości jest powszechnie znana i krytykowana. Regularnie odżywa dyskusja na temat usprawnienia jego funkcjonowania. Niestety, poprawy jak nie było, tak nie ma. Co więcej — z roku na rok wzrasta liczba spraw nie rozpoznanych i wydłuża się czas trwania procesów. Wbrew powszechnym wyobrażeniom, podstawową tego przyczyną nie jest skomplikowany i zróżnicowany charakter spraw, lecz to, iż od sędziów wymaga się zbyt mało zaangażowania, natomiast oni sami wcale lub bardzo rzadko sięgają do kodeksowych możliwości usprawnienia własnej pracy.
ZACYTUJMY przepisy artykułu 223 kodeksu postępowania cywilnego, mówiącego o ugodzie sądowej „Przewodniczący powinien we właściwej chwili skłaniać strony do pojednania, zwłaszcza na pierwszym posiedzeniu, po wstępnym wyjaśnieniu stanowiska stron. Osnowa ugody zawartej przed sądem powinna być wciągnięta do protokołu rozprawy i stwierdzona podpisami stron. Niemożność podpisania sąd stwierdzi w protokole”.
Z KODEKSU jednoznacznie zatem wynika, że sędzia przewodniczący rozprawie ma obowiązek skłaniać strony do pojednania. Nie jest to jego jakaś dobra wola, lecz obowiązek! Co więcej — skłanianie stron do zawarcia ugody powinno być podejmowane w chwili, która według przewodniczącego wydaje się do tego najbardziej właściwa. Próby pojednania powinny być podejmowane w ciągu całego postępowania, to znaczy od rozprawy przed pierwszą instancją poprzez wszystkie instancje odwoławcze, aż do kasacji włącznie.
KONIA z rzędem temu, kto mając zawodowo do czynienia z salą sądową mógłby potwierdzić, iż nakłanianie stron do polubownego załatwienia sporu jest regułą. Wręcz przeciwnie — rzadkością są sprawy, w których sędzia przewodniczący rozprawie przyjmuje rolę arbitra i nakłania strony do ugody. Jeśli nawet taką próbę podejmuje, to tylko jeden raz i więcej już do tego nie wraca. A przecież sądy mogłyby wykorzystywać do pojednania wszystkie sposobne momenty, jakie w trakcie rozprawy zdarzyć się mogą. Na przykład sytuacje, gdy strona powodowa w sposób klarowny i dobitny wyłożyła swoje racje, zaś strona pozwana nie potrafi się im przeciwstawić. Lub odwrotnie — gdy pozwany skutecznie broni się i odpiera argumenty powoda. W takich chwilach ingerencja sędziego mogłaby łatwo zachęcić strony do zawarcia ugody.
JEDNAK prowadzenie rozprawy w opisany sposób jest tylko teorią. Ustawodawca zapewne zdawał sobie sprawę z niechęci sędziów do wchodzenia w role arbitrów i dlatego w niektórych postępowaniach szczególnych — na przykład w sprawach rozwodowych czy sprawach z zakresu prawa pracy — zastrzegł, iż działanie prowadzące do ugody musi być podejmowane. W tych przypadkach zaniechanie przez sędziego mediacji stanowi obrazę przepisów procesowych i jest podstawą do ewentualnego zaskarżenia wyroku. W pozostałych sprawach uchybienie obowiązkowi mediacyjnemu nie może stać się zarzutem apelacyjnym lub kasacyjnym, dlatego sędziowie generalnie unikają sięgania do tego bardzo skutecznego środka. A szkoda, gdyż upowszechnienie instytucji ugody sądowej znacznie usprawniłoby toczące się niekiedy latami postępowania.
Adam L. Kalus jest właścicielem Kancelarii Prawniczej Kalus & Kalus, prezesem Elmech-Baupol Polska