Cichutko, spokojnie, puzzelek do puzzelka. Tak układa biznes od 29 lat. Kazimierz Wierzbicki na telefoniczne pytanie, czy by się spotkał, pokazał, poopowiadał, ma z góry przygotowaną odpowiedź: — O mnie pisać? E, tam. O firmie, no to jeszcze rozumiem. Ale w końcu prezes Trefla rzuca na zachętę: — No dobra, przyjedźcie, coś tam opowiem. I między wierszami tka historię, która na pierwszy rzut oka zupełnie się nie nadaje do mediów.

Że pikantna? Skądże znowu, właśnie zbyt przyzwoita. Wierzbicki w biznesie i w życiu ma swoje zasady, ma też jasno nakreśloną strategię. Owszem, do przodu, ale bez zbędnego rozgłosu, konsekwentnie. Zamiast szumnych zapowiedzi i puszenia ego woli postawić na biznes w klimacie slow food. Rodzinnie, przewidywalnie, cierpliwie, systematycznie. Tak jak układa się tekturowy obrazek pocięty na kilka tysięcy części. Dla rekinów finansjery być może jest człowiekiem straconych szans, w swoich oczach jest po prostu szczęśliwy, podążając własnym przemyślanym szlakiem, bez dróg na skróty. Przecież naokoło też się dochodzi do celu, a po drodze zobaczy się więcej.
— Łapówka? Nawet w komunie nie dawałem. Jedyne co jako prezent dawałem czasem, to oryginalne puzzle — śmieje się Kazimierz Wierzbicki. Oryginalne, bo robił je z kalendarzy z fotosami niekompletnie ubranych dam, które przywozili koledzy z Zachodu. Urzędnikom oczy wychodziły z orbit na widok takich rarytasów w częściach. Ale o tym sza, przecież miało być o Treflu.
Gry o tron
Przez niemal trzy dekady gdynianin miał przynajmniej kilkanaście okazji, by rzucić swoje biznesowe dziecko na wzburzoną i głęboką wodę. Giełda, inwestorzy branżowi, kuszące wizje mariaży — za to wszystko dotychczas grzecznie dziękował. Spółka ma się dobrze i co roku coraz lepiej.
Z jednym wyjątkiem — w 1996 r. jeden z banków wspierany przez Ravensburgera, globalnego lidera na rynku puzzli, poszedł na całość. Wierzbicki konsekwentnie odrzucał oferty przejęcia przez niemiecki koncern, aż pewnego dnia znienacka bank wypowiedział Treflowi 15-milionowy kredyt.
— Jeden, jedyny raz doświadczyłem próby wrogiego przejęcia. Myślałem, że takie rzeczy to tylko w książkach. Sporo tamta sytuacja mnie nauczyła, obroniłem się przy wsparciu komunalnych banków, które miały do mnie zaufanie jako do miejscowego biznesmena — tłumaczy właściciel Trefla.
Dziś imperium Kazimierza Wierzbickiego i jego rodziny to wciąż przede wszystkim Trefl mający spółki w całej Europie, w Polsce absolutny hegemon aspirujący do ścisłej światowej czołówki. A do tego trzy ekstraklasowe kluby sportowe: dwa siatkarskie i jeden koszykarski oraz Baltic Media Group, będąca właścicielem m.in. lokalnej telewizji na Pomorzu. Łączne przychody tych wszystkich biznesów to niemal 200 mln zł i 600 pracowników na etatach. Sam Trefl w zeszłym roku przyniósł ponad 150 mln zł przychodu przy wzroście sprzedaży o 15 proc. i kilkunastomilionowym zysku.
— Chciałbym przy tej wyliczance zaznaczyć, że mam świetny młody dział marketingu i sprawdzoną od lat kadrę — wspólnie pchają nas na nowe tory — zastrzega Kazimierz Wierzbicki, zerkając za okno, gdzie jak w ukropie uwija się grupa robotników.
Kreskówka nadziei
Pańskie oko konia tuczy — właśnie trwa rozbudowa i tak pokaźnej siedziby firmy, lada miesiąc ruszy budowa kolejnych magazynów, stare pękają już w szwach. Nie da się ukryć, że w ostatnim czasie Wierzbicki zabrał się do składania puzzli jakby z większą werwą. Ba — szykuje nawet rynkową bombę.
Ładunek, którego lont właśnie podpala, ma być przełomem w działalności Trefla, nowym otwarciem, choć na całościowy rezultat obecnej strategii poczekamy jeszcze ze dwa lata. A jeśli przedsiębiorca z Trójmiasta robi coś de facto zupełnie nowego, to znaczy, że jest to na wskroś przemyślane i zawiera plan budowy na dekadę. Tak jak 30 lat temu, gdy po jednej z frustrujących porażek na koszykarskim parkiecie (układy, układziki), wciąż młody trener koszykarek Spójni Gdańsk rzucił robotę. Spontanicznie.
— Dlaczego wziąłem się wtedy za puzzle? Zawsze miałem wizję następnych kroków.
Poza tym proza życia — żeby mieć co robić — wspomina twórca Trefla, ale już nie prezes spółki.
Prezesurę oddał długoletniemu współpracownikowi, a sam się wziął za wycieczki do Łodzi, Poznania, Bielska-Białej, Krakowa... szlakiem dawnych studiów animacji filmowej. Sięgnął po animatorów cenionych na świecie, kończy budowę od zera własnego studia filmów animowanych. Cel: wymyślić autorskie postacie i scenariusze tak dobre, by przebić się z produkcjami do największych telewizji.
Nie tylko w Polsce. Bo 66 lat na karku Wierzbickiego nie studzi jego entuzjazmu.
— Emerytura? Nie znam czegoś takiego — mówi.
Familia forever
Studio filmowe Trefl to element wizji. Animatorzy mają stworzyć nowy marketingowy świat całej grupy. Dzieci mają pokochać nowych bohaterów i ich przygody, pragnąć układać układanki zdobione ich wizerunkami oraz grać w gry nawiązujące do perypetii postaci z kreskówek. Dlaczego to takie ważne?
— Dotąd większość naszej sprzedaży opieramy na licencjach od właścicieli wszystkich najpopularniejszych wśród dzieci filmów czy postaci — przyznaje Kazimierz Wierzbicki. Taki model oznacza 10-15 proc. opłaty licencyjnej od każdego pudełka. Wystarczy zatem, że świat według Trefla będzie miał połowę sprzedaży gier i puzzli grupy i już da to przynajmniej kilka milionów złotych zysku.
Czy przedsięwzięcie filmowe ma szanse powodzenia? Z perspektywy historii Wierzbickiego można oceniać, że jak najbardziej, bo tym razem idzie na słońce nie tylko z motyką. 30 lat temu nie wiedział praktycznie nic o produkcji puzzli, nie miał dostępu do maszyn, ludzi, ba — nawet głupiej tektury doprosić się nie można było. A jednak się udało.
— Udało się, bo miałem i mam wsparcie rodziny. Dlatego zawsze powtarzam, że Trefl ma pozostać firmą rodzinną. Dziś w spółce rodzina to także m.in. syn szkolony w Londynie, mający pieczę nad finansami. W realiach lat 80. familia to był lotny w kwestiach technicznych brat, ciemny garaż u ziomków i samotne łapanie stopa do Łodzi.
Pokora ławki
Puzzlowanie zaczęło się we Francji w połowie lat 80. Wierzbicki, wówczas trener koszykarek Spójni Gdańsk, podczas zagranicznego tournee zespołu nocował w prywatnym domu. Francuska gospodyni miała na ścianach klasyków — Van Gogha, Rubensa. Ale żadne tam oryginały, lecz obrazy z puzzli.
To było ziarno trafiające na podatny grunt. Wbrew pozorom w Wierzbickim mieszka też niespokojny artystyczny duch. Jako nastolatek przeczytał biografie klasyków malarstwa, na studia chciał iść na ASP. Nie dostał się, próbował ekonomii („wykłady z ekonomii socjalizmu miały jednak w sobie zbyt dużo groteski”), studiując, grał w siatkówkę w drużynie opolskiej Politechniki, łapał się do kadry juniorów.
Potem kontuzja barku i powrót do rodzinnej Gdyni, koszykarskie epizody i proza życia — rola nauczyciela matematyki w podstawówce. Dzieci matematyki nie lubiły, wolały SKS, no to i on przerzucił się na sport. I stamtąd krok po kroku do Spójni. I wreszcie wszystkie rozproszone dotychczas elementy zbierają się razem: puzzle w DNA mają matematykę, ale i sztukę. Beznadzieja PRL-u wyzwoliła zaś charakter sportowca,
który walczy do końca. O gwiazdorzeniu nawet nie marzył. — Z trenerskiej ławki wyniosłem m.in. pokorę i przeświadczenie, że jeśli mam dobrą drużynę, mam i wyniki — mówi twórca Trefla. Pierwszą maszynę do puzzli stworzył w garażu jego brat. Pierwsze partie układanek oznaczały walkę o tekturę między nim a radzieckimi gierojami.
Czapka gieroja
No dobra, nie było tak, że bratnia armia stała naprzeciw Wierzbickiego. Początkowo kłopotem było wyższe wykształcenie przyszłego przedsiębiorcy. W spółdzielni, do której wstępował, patrzono na niego nieco krzywo. Pomogło to, że choć marnuje swój społeczny status na rzecz kapitalistycznych praktyk, to jednak deklaruje produkcję pomocy dydaktycznych.
W takiej sytuacji urzędnicy nieco miękli. Spółdzielnia występowała zatem do Cechu Rzemiosł w Gdyni o drogocenną tekturę, ten popychał sprawę do Cechu Wojewódzkiego, który zgłaszał zapotrzebowanie do Warszawy. Stolica zaś meldowała: talon na tekturę wystawić. Surowiec czeka w Łodzi w fabryce czapek dla wojska naszych wschodnich braci.
— Jest talon — telefonowali z Cechu Rzemiosł i Wierzbicki w te pędy leciał do Łodzi po 25 kg tektury. Talonów na benzynę mieć nie musiał, nie miał wówczas samochodu, jeździł stopem. Pierwsze puzzle były, hm… mało dydaktyczne. Bohaterami układanki zostali członkowie zespołu TSA, prekursorzy polskiego heavy metalu, śpiewający wówczas m.in. „Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć / Marzyłem też — wolno było marzyć”. Piękne, prawda?
Jednak nie ma to wiele wspólnego z puzzlami z lat 80., tam nie było romantyzmu, lecz potrzeba chwili. Puzzle robi się, naklejając na tekturę wydrukowaną fotografię i potem tnąc tekturę na części za pomocą sztancy. I właśnie fotosów był niedostatek, stąd kombinowanie: TSA grali akurat nad Bałtykiem i znajomy Wierzbickiego miał dojście do kilkuset plakatów zespołu, które nie znalazły się na afiszach. Wzięli je z pocałowaniem ręki, metal trafił na tekturę.
— Lata 80. to były czasy, gdy puzzli nie było niemal wcale, jedynie zagraniczne i to od święta. Rynek był chłonny, przyjmował każdą ilość towaru — podkreśla właściciel Trefla.
Hart Donalda
I tak sobie bracia Wierzbiccy dłubali. Życie toczyło się od talonu do talonu — surowca starczało na 300 pudełek dystrybuowanych do osiedlowych sklepików. Kilka osób miało zajęcie, brat udoskonalał maszynę, miał nawet swój praktyczno-socjalistyczny sposób na piekielnie drogą stal do wykrojników do puzzli.
— Nigdy nie patrzyłem na firmę jak na czystą ekonomię, ale z czegoś trzeba było żyć. I tak liczyłem, że kapitalistyczne ostrze do wykrojnika kosztowało 10 dolarów, a ja zarabiałem przecież 10 dolarów. Wykrojniki powstawały więc z kupowanej za grosze stali do sprężyn w zegarkach. Miała podobną strukturę co ta z Zachodu, tylko nie była hartowana. I nieraz jak ją hartowaliśmy sami, to wykrojnik robiony przez miesiąc ze 160 części potrafił się w krótką chwilę powykręcać w piecu na amen — wspomina Kazimierz Wierzbicki.
Niebiosa otworzyły się w mało oczekiwanym momencie i z rzemieślniczej manufaktury zrobiła się minifabryka na trzy zmiany. Pewnego pięknego dnia magiczna szuflada z talonami na tekturę otworzyła się dla Trefla szeroko — widać radziecka armia czapek z Łodzi miała już dość.
— To było jak wygrana w totolotka — mówił w jednym z wywiadów ten, który owe talony zgarnął.
W pięciolecie istnienia Trefl wchodził w czasie zmian ustrojowych ze stuosobową załogą i kontraktami za granicą oraz prężną sprzedażą na Wschodzie. Szczęściu pomagało to, że produkcja puzzli w Polsce była kilkakrotnie tańsza niż np. w RFN. Pozyskana łutem szczęścia pierwsza ciężarówka tektury pozwoliła na dwa miesiące klejenia, cięcia i pakowania pełną parą. Wierzbicki okrzepł i zapukał do Disneya, który pozwolił Treflowi wykorzystywać postacie z popularnych amerykańskich kreskówek. Rysował je pracujący do dziś w Treflu artysta, o którym mówiono, że robi to lepiej niż sam Walt Disney. Coś w tym było — mamy i dzieciaki zabijały się o pudełka z pociętymi kolorowymi kartonikami z charakterystycznym logo. Pierwszy hit wszyscy weterani firmy pamiętają doskonale: Kaczor Donald stoi z długą wędką, pod nim data wydruku: 1994.
Team spirit
W latach 90. Trefl wybija się wyraźnie ponad przeciętność: spółka buduje fabrykę w okolicach gdyńskiego portu, rozwija technologie produkcji puzzli, które potem kopiują jego zagraniczni konkurenci, wchodzi też w nowe segmenty i kraje. Dziś grupa Trefl to także karty (produkowane w Krakowie) oraz gry towarzyskie sprzedawane do kilkudziesięciu krajów.
Do tego kilka zagranicznych marek zabawek dystrybuowanych w regionie przez Trefla. Wierzbicki zarabia pierwsze miliony, ale — jak twierdzi — nie zmienia to jego podejścia do życia: — Wciąż nie mam potrzeby luksusu — mówi. To w latach 90. odzywa się w nim druga natura — romantyka, człowieka z trenerskiej ławki zaczytanego w żywotach malarzy. Angażuje się w życie lokalnej społeczności w swoim stylu, na sportowo. Z przyjaźni z m.in. Ryszardem Krauze rodzi się Prokom Trefl Sopot, najbardziej utytułowany klub koszykarski w III RP. Powstają też w Trójmieście dwa klasowe zespoły siatkarskie oraz szkoły sportowe. Kazimierz Wierzbicki staje się stałym i ważnym elementem regionalnego krajobrazu towarzyskiego.
— Dlaczego reklamuję się przez sport, skoro to ponoć nieopłacalne, a i ryzyko wielkie? Dlatego, że dzięki temu markę Trefl kojarzą miliony w nieco inny sposób niż po obejrzeniu telewizyjnego spotu. W Treflu zaszyte są wyjątkowe emocje, a nie tylko reklamowa plansza, której efektywność mierzy się z zegarmistrzowską precyzją, bez patrzenia głębiej, w lokalną społeczność, otoczenie — tłumaczy.
Mann poczeka
Niegdyś Kazimierz Wierzbicki obiecał sobie, że po sześćdziesiątce weźmie się za lektury klasyków literatury, których w młodości odpuścił, czytając w zamian o mistrzach pędzla. Jednak „Czarodziejska Góra” Manna będzie musiała poczekać, bo Wierzbickiego wciąż nakręca działanie i systematyczne atakowanie kolejnych szczytów. Zatem dalej zamierza zyski pompować w rozwój spółki, odrzucać oferty zagranicznych konkurentów i trzymać na smyczy pokusę giełdy oraz medialnej kariery. Przemyślenia z pozycji ekstrenera przydają się przy dobieraniu zespołu i ocenie własnych możliwości.
— Nie chcę się otaczać potakiwaczami. Mam takich współpracowników, przy których wiem, że nie wiem wszystkiego. Znam własne ograniczenia — kwituje.
Po półgodzinnej sesji zdjęciowej jest nieco poirytowany. Za dużo tej gadaniny i pozowania. Układanka czeka.
