Z wizyty prezydenta Janukowycza złośliwi zapamiętali tylko konie. Niesłusznie
W gąszczu absurdalnych przepisów zgubi się menedżer z Niemiec czy Francji. Brakującym ogniwem są Polacy.
Z korupcją na Ukrainie zetkniesz się już na lotnisku, w kolejce do odprawy paszportowej. Za 50 EUR człowiek, który bezbłędnie wyłuskuje nerwowych pasażerów spieszących się na tranzyt, przeprowadza klienta wzdłuż kolejki, wchodzi od tyłu do budki straży granicznej, stempluje paszport (strażnik nawet się nie obejrzy) i oddaje go uprzejmie. Korupcja to dziecko biurokracji. A ta jest tu rozrośnięta nad miarę. Kierowcy wożący prezesów muszą codziennie rano mieć podstemplowane przez lekarza zaświadczenie o zdolności do pracy. Oczywiście nikt się nie bada — firmy kupują zaświadczenia hurtem.
— Na Ukrainie jest tak dużo absurdalnych i wykluczających się przepisów, że nikt nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Z drugiej strony Polacy są takim brakującym ogniwem między ludźmi z Europy Zachodniej a Ukrainy, stąd tylu naszych menedżerów, nie tylko na czele polskich, ale też zagranicznych firm na Ukrainie — mówi Tomasz Tarkowski, do końca stycznia członek zarządu PZU Ukraina.
Choć z lutowej wizyty prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza wiele osób wspomina głównie konie podarowane przez prezydenta Polski, pojawiło się kilka obiecujących dla biznesu akcentów.
— Prezydent przyznał się do polskich korzeni. Powiedział też, że Ukraina chce ściślej współpracować z Unią Europejską. To bardzo ważne, bo oznacza odwrót od Rosji — podkreśla Oleg Dubisz, wiceprezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
Papierek lakmusowy
Pozytywne wibracje wcześniej już wyczuli przedsiębiorcy. Leszek Czarnecki, właściciel Grupy Getin i przedsiębiorca roku 2010, stwierdził, że jego ukraiński biznes rozwija się znakomicie. Jeszcze pod koniec 2009 r., uważał, że inwestycja na Ukrainie to jeden z jego największych błędów. Pod koniec 2010 r. PKN Orlen podpisał z Ministerstwem Ochrony Środowiska i Zasobów Naturalnych Ukrainy porozumienie o współpracy w poszukiwaniach i wydobyciu ropy oraz gazu. Redan stawia na szybki rozwój w tym kraju. W ukraińskie start-upy zainwestował Supernova Fund.
— Do 2008 r. było wśród polskich firm bardzo trendy inwestować na Ukrainie. Potem nastąpił zwrot o 180 stopni. Teraz, choć jeszcze nie powrócił klimat z lat 2006-07, to jesteśmy na fali wzrostu — ocenia Adam Wojacki z Supernova Fund. Interesy na Ukrainie robi od 10 lat, od 2005 do 2007 r. prezes UMC, największego na Ukrainie operatora telekomunikacyjnego.
Gdy kancelaria Chałas i Wspólnicy otwierała biuro w Kijowie 2,5 roku temu, zaczynała od trzech polskich klientów. Dziś obsługuje kilkadziesiąt firm, w większości polskich.
Gorzej być nie może
Zdaniem Adama Wojackiego, zmieniły się głównie koniunktura i nastawienie Polaków, a nie klimat biznesowy.
— Większość moich ukraińskich znajomych obawia się, że nowy kodeks podatkowy zaszkodzi małym i średnim firmom — mówi Adam Wojacki.
Przyznaje, że problemy, które z Ukrainą wiązano od zawsze, nie zniknęły.
— Słychać o przypadkach rajderstwa, czyli wrogiego przejęcia zagranicznej firmy. Spotykamy się z oczekiwaniami łapówek. System podatkowy jest nieprzejrzysty. W nowym kodeksie istnieje zapis, że przy spełnieniu określonych warunków spółka może starać się o zwrot VAT, jednak decyzję podejmuje urząd skarbowy — wymienia Adam Wojacki.
— Dla każdej branży ustalony jest procent przychodów, który powinien stanowić wysokość podatku. Jeśli podatek będzie niższy, można spodziewać się kontroli skarbowej. Wszyscy to wiedzą i większość firm woli nie zadzierać z urzędem: tak wylicza wysokość podatku, żeby skarbówka nie miała zastrzeżeń — ujawnia jeden z biznesmenów robiących interesy w Kijowie.
Lepiej z VAT?
Problemy ze zwrotem VAT miał np. Can-Pack, producent opakowań, który zainwestował na Ukrainie 100 mln USD. Firma obserwuje poprawę.
— W ostatnim roku rząd Ukrainy konwertował znaczną część swoich zobowiązań z tytułu zwrotu VAT dla naszej firmy na 5-letnie obligacje. Te obligacje są przedmiotem obrotu na rynku wtórnym z dość wysokim dyskontem. Jest jednakże zbyt wcześnie, aby ocenić tę operację i odpowiedzieć, czy pozostałe zobowiązania będą realizowane terminowo — zaznacza Stanisław Waśko, wiceprezes Can-Packu.
No właśnie.
— VAT jest na bieżąco zwracany, a na stare zaległości państwo wystawia weksle. Pierwsza partia przedsiębiorców otrzymała weksle, ale urząd podatkowy zaskarżył do sądu ważność wystawionych faktur. Na decyzję sądu trzeba będzie długo czekać i trudno przewidzieć, czy będzie korzystna dla firm — ostrzega Oleg Dubisz.
— W kwestii VAT zrobiono krok do przodu. Ale kasa ukraińskiego rządu jest pusta. Więcej pretensji do naszego rządu. Przecież, gdy takie problemy miały spółki z innych krajów, interweniowali prezydenci, kanclerze. Polskie firmy muszą radzić sobie same, choć światełkiem jest Wydział Handlu i Inwestycji przy ambasadzie. KUKE miało z założenia być pomocą rządu dla polskich eksporterów, a jednak działa na zasadach komercyjnych — mówi polski biznesmen działający na Ukrainie.
Można nie płacić
Twierdzi jednak, że dobre, kilkumiesięczne przygotowanie zapewnia bezpieczeństwo.
— Wówczas nie ma niespodzianek. Ale trzeba mieć szacunek dla rynku, bo np. spółka z o.o. w Polsce i na Ukrainie to nie to samo. Myślę, że polski biznes, który z Ukrainy się wycofał, działał w sposób partyzancko-harcerski, bez biznesplanów, bez pomocy księgowej. O ile do 2008 r. można było tak hulać, to kryzys to zmienił. Ci, którzy przetrwali, zwiększyli dwukrotnie zyski nawet w ubiegłym, kryzysowym roku — podkreśla biznesmen.
— Wiele polskich firm na początku popełniało błąd i próbowało na siłę skopiować nasze rozwiązania. Tak się nie da — twierdzi Tomasz Tarkowski.
— Aby uniknąć wrogiego przejęcia, trzeba bardzo ostrożnie wybrać partnera. Warto też zainwestować w spółkę holdingową działającą na zasadach prawa europejskiego, a nie w ukraińską firmę, gdzie prawa inwestora nie do końca są chronione — podpowiada Adam Wojacki.
Twierdzi, że bez łapówek da się żyć, choć trzeba bardzo się starać, by nie dać powodów do kontroli.
Epilog
Tym optymistycznym akcentem kończymy pobyt na Ukrainie. Na lotnisku w Kijowie trzy toalety — we wszystkich świeżo umyta podłoga, sprzątaczka zastawiła wejścia mopami. Dla pasażerów, którzy nie mogą wytrzymać, ma propozycję. "Daj na czaj, to otworzę toaletę dla niepełnosprawnych". Ale — uwaga — lotnisko w rozbudowie.
Mieli fabrykę, nie mają nic
Jednym z przykładów rajderstwa, czyli wrogiego przejęcia od zagranicznego inwestora jego firmy na Ukrainie, jest Delta Kapital. To firma, w której większościowy udział ma holendersko-amerykańska grupa inwestorów, a 25 proc. należy do Igora Bojko, obywatela USA i Rosji. W 1994 r. zaczęli inwestycje w fabryce słodyczy Żytomirskie Łakocie. W 1998 r. Delta wykupiła 95,07 proc. kapitału, reszta należała do 500 osób fizycznych (obecnych i byłych pracowników zakładu). 1 stycznia 2010 r. fabryka była wyceniona na 200 mln USD. Według przedstawiciela Delty Kapital, Arkadia Wołowika, Igor Bojko wraz z grupą ukraińskich urzędników na wysokich stanowiskach i sędziów z Kijowa i Żytomierza podjął pierwsze kroki do przejęcia fabryki już w 2009 r. Dziś fabryka znajduje się pod stałym nadzorem 200 uzbrojonych ochroniarzy. Poszkodowani udziałowcy Delty od 9 miesięcy próbują bezskutecznie odzyskać spółkę.
