Ukryte światy Jukatanu

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2007-07-20 00:00

Magnetyczny spokój Indian, fanaberie meksykańskie,

Serca Majów biją wszędzie — na plaży, pod wodą i w dżungli.

Magnetyczny spokój Indian, fanaberie meksykańskie,

karaibski szum. A potem człowiek wraca i wygląda jak zdanie wyrwane z kontekstu.

Szósta rano: KLM z Warszawy do Amsterdamu — jakieś 120 minut lotu. Potem oczekiwanie na odprawę do Cancun pośród tulipanów w kulturowym tyglu Schiphol. Ze cztery godziny. Wreszcie odlot i dwanaście w powietrzu. Lądowanie na Jukatanie: sauna — wilgotność powietrza na poziomie osiemdziesięciu procent. Szybko do autokaru. Niemiecka rezydentka napomina, żeby nie spać. Miły akcent: czyściutko mówi po polsku. Nazywa się Karolina Głowacka, pracuje w meksykańskiej sekcji TUI od ponad 6 lat. Zarzeka się, że już nigdy nie wróci do Europy. Polka bez pamięci zakochana w Meksyku.

— Zobaczycie sami — ucięła tajemniczo.

I w kółko:

— Proszę tylko nie zasypiać, to będzie dobrze.

Po godzinie autobus dojechał do miasteczka Playa del Carmen. Minął je i po chwili zatrzymał się w Palayacar — hotelowej dzielnicy, największej na Riviera Maya w stanie Quintana Roo. Dominują sieci hiszpańskie m.in.: RIU, Iberostar, Viva. Meksykanie czasem żartują, że to druga konkwista.

— Ale dobrze wiedzą, że inwestycje trzymają przy życiu cały region. Ale się cieszę, że mogę porozmawiać po polsku — nagle zmienia temat Karolina Rożek.

To rezydentka TUI Polska, zaskakuje sentymentem do rodaków. W hotelu RIU Yucatan. Około ósmej wieczorem — meksykańskiego czasu, bo w Polsce jest już trzecia nad ranem.

— Chcecie się szybko zaaklimatyzować? Wytrzymajcie, ile się da bez snu — radziła, jak echo koleżanki z lotniska, druga Karolina z TUI.

— Nie spać. Wciągnąć ostrą kolację, rąbnąć kilka głębszych i oglądamy przedstawienie na hotelowej scenie przy plaży — zawołał z oddali jakiś wesoły rodak, słysząc znajomy język.

Dwa razy powtarzać nie musiał. O północy sen przyszedł jak złodziej.

Na drugi dzień człowiek się czuje świetnie. Litość budzą ci, którzy nie posłuchali cennej wskazówki. Senni, otępiali. Tracą po kilka dni na walkę z klimatem i z różnicą czasową.

Dla gringo

Za Palayacar nie ma już nic, prócz wszechogarniającej dżungli i zabytkowych ruin gdzieś w jej gąszczu. Rezerwat. Wystarczy przejść kilkaset metrów hotelową plażą, by doświadczyć autentycznej dziczy. Ale pelikany, flamingi, małpy, iguany i wielkie kolorowe papugi to stały element tamtejszej przyrody, więc równie dobrze można je sobie podziwiać na terenie hotelu. Są po prostu wszędzie. Jest też plaża z bajecznym piaskiem (który się nigdy nie nagrzewa), obłędne Morze Karaibskie i all inclusive. Łącznie z tym, że w łazience — tuż obok lustra — zamiast apteczki wisi przeszklona szafka z czterema butelkami: tequilą, rumem, ginem i wódką. Do tego lodówka wypełniona po brzegi zimnymi napojami. Dla twardzieli co dwa dni dostawa nowego towaru. Być może dlatego na początku wydaje się, że nic więcej do szczęścia nie trzeba.

Do wyjazdu poza teren kurortu. Im szybciej, tym lepiej. Potem w hotelu się sypia, nie mieszka. Amerykańscy turyści, z których żyje Jukatan, pierwsze kroki najczęściej kierują do parków wodnych Xelha albo Xcaret. Za 59 dolarów od osoby można tam spędzić cały dzień (bez dodatkowych opłat), na pływaniu — w wypożyczonym sprzęcie — w lagunach, podwodnych grotach, oglądaniu pokazów z udziałem delfinów oraz jedzeniu i piciu do woli we wszystkich restauracjach na terenie parku.

— Skąd jesteście? — zapytał taksówkarz Alejandro Ponce, który właśnie tam jechał.

— Z Polski.

— Zawiozę was gdzie indziej. Tamto to taki Disneyland. Dla amerykańskiego gringo — pocierał kciukiem palec wskazujący, dając do zrozumienia, że chodzi o pieniądze.

I zarządził:

— Tam nic ciekawego nie ma. Jedziemy do Tulum, a potem na plaże — do cabaĖos.

Cisza i wolność

Położone na klifie ruiny Tulum to najlepiej zachowane nadmorskie miasto Majów, zwane również miastem świtu lub odnowy. Słynie ze wznoszących się na szczycie urwiska, górujących ponad białą plażą i turkusem Morza Karaibskiego, ruin budowli z czasu schyłku cywilizacji Majów. To jedyny w Meksyku tak malowniczo położony kompleks archeologiczny. W czasach świetności Tulum pełniło funkcję fortecy. Co prawda, zachowane budowle nie należą do największych na Jukatanie, ale są za to najpiękniejsze i niezwykle majestatyczne, a klimat i widoki tak powalają, że warto dać każde pieniądze, by tego doświadczyć. Warto tym bardziej, że wcale nie trzeba się wykosztować, bo za wejście na teren obiektu należy zapłacić 4,5 dolara od osoby. Dobre kilka godzin zajmie zwiedzenie wszystko. Można też spotkać młodych Indian, ukrytych gdzieś w cieniu, handlujących bransoletkami — misterna robota z farbowanych koralików.

— Dwa dni pracy jedna. Piętnaście dolarów. Na pejotla — szeptał łamanym hiszpańskim półprzytomny Maj.

Spory kawałek za ruinami, na terenie rezerwatu, ciągną się kilometrami cudowne plaże. Puste, białe jak mleko, upstrzone palmami. Typowe Karaiby. A na wydmach cabaĖos — domki do wynajęcia. Można w nich mieszkać cały rok. Doba bez jedzenia kosztuje 10 dolarów, z pełnym wyżywieniem — 20 dolarów.

— Jeszcze nie znalazła się osoba, która by dała takie pieniądze rządowi meksykańskiemu, by w zamian dostać zgodę na budowę hotelu w rezerwacie. Tu są tylko cabaĖos. Na szczęście — śmieje się taksówkarz Alejandro.

Niektóre niezwykle ascetyczne, pokryte strzechą. Z hamakami na werandzie i drewnianymi leżakami na piasku. Inne wykręcone. Wysoko na palach. Rażąco czerwona sofa obita aksamitem na tarasie i pomarańczowe kanapy ze skóry do opalania na plaży. Co dwa, trzy kilometry knajpki — świeże ryby, owoce morza, schłodzone wino. Tanio. Pysznie. Praktycznie nie ma ludzi. Na starym sprzęcie trzeszczą mariachi.

— Zostańcie na kilka dni. Tu jest cisza i wolność. Popływamy w morzu, ponurkujecie. Zobaczycie niesamowite rzeczy — zapraszał piekielnie przystojny Salvator.

Pod wodą

Jak nurkować, to najbliżej w Akumal — miejscowości położonej około 39 km na południe od Playa del Carmen. W pobliżu Tulum. Kto nie chce wydawać na taksówkę, może złapać colectivo — miejscowe busy komunikacji podmiejskiej dla autochtonów. Przystanki są na każdym rogu. Za 2,5 dolara od osoby można dojechać w każde — w miarę cywilizowane — miejsce w rejonie Riviera Maya. „Akumal” w języku Majów znaczy „miejsce żółwia” i składa się z Xal-Ku Lagoon, Haf Moon Bay i Akumal Bay. W tej trzeciej osadzie jest kilka klimatycznych ośrodków nurkowania. Za 25 dolarów od osoby przesympatyczny Meksykanin wynajmuje łódź motorową, jak trzeba udostępnia swój sprzęt do nurkowania, i wypływa w morze. Można i tego kosztu uniknąć. Wystarczy wejść do wody po pas i cierpliwie poczekać, aż ktoś obok krzyknie:

— Tortuga! — co po hiszpańsku oznacza „żółw”.

Jak sama nazwa miejscowości wskazuje, żółwi ci tutaj dostatek. Są piękne , kolorowe i niczego się nie boją. Korzystając jednak z uprzejmości meksykańskiego przewodnika, można zobaczyć o wiele więcej okazów. Nie tylko potężnych żółwi, ale też rekinów, barakud, ogromnych płaszczek i nieziemsko wielobarwnych ławic wszelkiego narybku. W końcu w okolicach Jukatanu znajduje się druga co do wielkości — po australijskiej — rafa koralowa na świecie.

Profesjonalnym nurkom miejscowi szefowie centrów polecają szczególnie odwiedziny Cozumelu — niewielkiej, liczącej około 45 km długości i 16 km szerokości, wyspy u wybrzeży półwyspu. W 97 proc. porasta ją dżungla, a wzdłuż całego wybrzeża ciągną się plaże. Z Playa del Carmen można się tam dostać promem — bilet w obie strony kosztuje 25 dolarów, płynie się nieco ponad godzinę.

— To jedno z najlepszych miejsc nurkowych świata odkryte przez Jacquesa Cousteau. Fragment okolicznej rafy — Palancar Reef — został uznany przez ONZ za miejsce należące do Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Rafa składa się z trzech oddzielnych części biegnących równolegle do brzegu. Maksymalna głębokość — 14 metrów — referuje Juan z Dive Center Akumal.

Mówi, że można tam nie tylko spotkać, ale też zjeść między innymi: kraby, homary i mureny. I dodaje, że jest to miejsce najczęściej odwiedzane podczas nurkowań nocnych.

Na dachu dżungli

Niezłym wyzwaniem dla turysty na Jukatanie jest podróż do ruin miasta Coba. Choć leży jakieś 50 km na zachód od Tulum, to o wiele trudniej tam się dostać niż do odległego o ponad 200 km Chichen Itza — ogłoszonego niedawno siódmym cudem świata. Coba jest mniej znana, ale warta zachodu. Historycy twierdzą, że w czasach świetności Majów była ich największym miastem. Powstała wcześniej niż Chichen Itza, a najlepszy jej okres przypadał na lata 600 n.e. do 900 n.e. Archeologowie oceniają, że w Cobie znajdowało się 6,5 tys. budowli, z których tylko kilka zostało odkopanych i odnowionych. Największą zagadką jest dla nich podobieństwo Coby do odległego o kilkaset kilometrów Tikalu znajdującego się w Gwatemali, a nie do położonych na Jukatanie innych miast Majów. Trzeba tam spędzić kilka godzin. By wszystko zobaczyć, najlepiej wypożyczyć za 3 dolary rower. Warto dojechać do samego końca kompleksu, bo tam czeka na zwiedzających Nohoch Mul — wielka piramida, najwyższa z budowli Majów na całym Jukatanie. Liczy 42 metry wysokości i 122 stopnie. Niesamowicie stroma, lecz można na nią wejść. Warto przemóc lęk wysokości. Bo widok z góry poraża. Ci, którzy się odważyli na wejście, porównują to z pobytem na dachu dżungli. Zielony, nieskończenie wielki dywan podziurawiony gdzieniegdzie jeziorami.

Co prawda schodzi się na miękkich nogach — nie tylko ze zmęczenia — ale na dole, gdy jest już po wszystkim, dociera do człowieka świadomość, że właśnie zobaczył coś, czego już nigdy więcej nie ujrzy.

Raczej nie należy próbować dotarcia do Coby na własną rękę. Miasto jest położone w gęstej dżungli. Droga wiedzie przez bardzo trudno przejezdne wioseczki Majów — swoją drogą urocze, lecz niezwykle biedne okolice. Warto wykupić wycieczkę u swojego tour-operatora lub miejscowej firmy turystycznej. Zwykle nazywa się Mayan Tour i jest połączona z obiadem w wiosce Majów i elementami typowego survivalu w dżungli (spływ kajakiem po lagunie pełnej krokodyli, zjazd po skałach w sprzęcie alpinistycznym do podziemnych zbiorników wodnych itp.). Dla przykładu w TUI koszt takiego wypadu to 119 dolarów od osoby, a w meksykańskiej firmie Alltourantive — 98 dolarów. Przy czym w obu przypadkach wyjazd nadzoruje Alltourantive. Różnica w cenie to koszt ubezpieczenia, którego Meksykanie po prostu nie gwarantują.

Od nowa

Na Jukatanie można by spędzić dwa miesiące, a i tak nie wszystko by człowiek zobaczył. Majowie by na pewno nie protestowali. Meksykanie tym bardziej. I wcale nie chodzi o pieniądze. Bo tam na półwyspie ludzie żyją jakoś inaczej. Są szalenie pozytywnie nastawieni do życia.

— Kilka lat temu, po tym jak wszystko zrujnował huragan Wilma, okolica wyglądała, jak po wybuchu bomby atomowej. Dosłownie — wspomina Paola, szefowa hotelu.

Mówi, że w Stanach po Wilmie cały Nowy Orlean kilka tygodni czekał na wsparcie rządu, pieniądze z towarzystw ubezpieczeniowych itd. A tutaj, zaraz na drugi dzień po tragedii, na ruinach restauracji w Playa del Carmen ustawiono stoliki, mariachi zagrali i wszyscy się wzięli ostro do roboty.

— Bo tutaj jest tak, że jak coś się nagle skończy, to się po prostu zaczyna od nowa. Normalnie, bez biadolenia — podkreśla Paola.

I nie ma już śladu po Wilmie. Są tylko Indianie, dżungla, karaibskie klimaty i tęsknota, z którą człowiek musi żyć po powrocie stamtąd.