Umberto Eco bije bony skarbowe na głowę

Na rynku papierów dłużnych instrumenty jak z „Imienia róży”: walory pisane przez takie W, nad którym iluminator garbił się przez całe noce

Poszerzając trochę definicję papierów wartościowych, można dojść do wniosku, że nawet wypłaty z programu 500+ da się zainwestować w druki zupełnie innej kategorii niż obligacje skarbowe. Krajowy rynek najstarszych wydań, a nawet zabytków samego piśmiennictwa, nie tylko zalicza się do stabilnie rozwijających, ale również tych nieoczekiwanie przejrzystych — na których spodziewalibyśmy się owianych jakąś klasztorną aurą zawiłości, a zastaniemy czytelne kryteria wyceny i przewidywalne czynniki wzrostu wartości. Pierwsze wydania rozpoznawalnych tytułów rodzimych wieszczów wciąż nie są w obiegu aż tak rzadkie, więc ich ceny mogą się zaczynać od 300-500 zł, ale tak jak jeszcze kilka lat temu te autorstwa Mickiewicza były osiągalne za 1 tys. zł, teraz kosztują około 10 tys. zł. Poza kursem natchnionych narodowych romantyków — którzy mają w pewnym sensie większą kapitalizację — rośnie jednak kurs papierów ze znacznie zaciszniejszej, mniej odkrytej niszy. Próg wejścia jest może i wyższy, ale emitent też musiał być skłonny do poświęceń, usilnie złocąc łuski miniaturowych smoków przy pierwszych literach tekstu, marznąc przy świecy w jakimś wczesnośredniowiecznym klasztorze.

HOROSKOP INWESTORA: Znanych jest wiele odsprzedaży obiektów, które przed 10 laty kupiono za około 30 tys. zł, a teraz ich wartość przekracza 100 tys. zł — twierdzi Piotr Wójtowicz, współwłaściciel antykwariatu, w którym od 95 tys. zł licytowany będzie „Teatr komet”. [FOT. ANTYKWARIAT WÓJTOWICZ]

Cena za ładne oczy

Na światowy rynek wiekowych manuskryptów uwagę inwestorów kierują ostatnio zarówno wyniki aukcji i propozycje z nowych katalogów,jak i głosy z samego środowiska, w tym najbardziej uznanego badacza, opiekującego się cennym zbiorem z Cambridge w Corpus Christi College. Promując nową publikację, Christopher de Hamel zwierzał się na łamach „The Economist” z takich transakcji, jak chociażby przeprowadzona przez niego w Sotheby’s sprzedaż ilustrowanego Ewangeliarza Henryka Lwa z 1188 r., za który państwo niemieckie zapłaciło w drodze licytacji 12 mln USD (46,8 mln zł). Ekspert bez trudu mógł snuć opowieści o modlitewniku wielkości dłoni francuskich księżniczek, który wylądował w zbiorach Göringa, czy najrzadszych, poszarpanych skrawkach kart, na których wyblakły tusz wyjawiał nowe historyczne zapisy — ale inwestorwcale nie musi przyswajać od razu takiej porcji wiedzy.

Poza zatapianiem się w zamgloną aurę opatów można podejść do tematu zupełnie bezpośrednio, bo tej samej daty obiekty są na regularnych aukcjach, jak w londyńskim Bonhams 9 listopada. Oprócz pierwszego wydania perypetii Harry’ego Pottera z estymacją do 20 tys. GBP (96 tys. zł) są też właśnie takie same drobiazgowo ilustrowane manuskrypty, jakich wygłodniali mogliby być tylko zapaleńcy „Imienia Róży”. Takiej ceny jak za dzieło o czarodzieju dom aukcyjny oczekuje na przykład za psałterz z około 1230 r., natomiast za wydane w XV wieku mapy Klaudiusza Ptolemeusza można się spodziewać do 120 tys. GBP (576 tys. zł), niewątpliwie w związku z urodą drzeworytów.W związku z tym, że kryteria wyceny miały być na rynku klarowne, trzeba się więc zająć podstawowym sformułowaniem, na które natrafiamy w takich katalogach, czyli „ładny egzemplarz”. Zwłaszcza przed 5 listopada, bo wtedy po ładny egzemplarz o wartości kilkudziesięciu tysięcy złotych wystarczy się wybrać już do Krakowa.

Bilans Małego Księcia

Od 29 tys. zł będzie można zacząć licytować cały regał z 74 tomami XVIII-wiecznej ekonomicznej encyklopedii wydanej w Berlinie, tymczasem pojedyncze dokumenty z podpisami polskich królów — standardowo — uda się pewnie zdobyć za kilka tysięcy złotych. „Teatr komet” też ma w sobie silny komponent statystyki, ale od encyklopediii monarszych aktów znacznie różni go cena wywoławcza, bo na sobotniej aukcji w krakowskim Antykwariacie Wójtowicz próg wyniesie aż 95 tys. zł. Obiekt jest pierwszym wydaniem największego XVII-wiecznego dzieła poświęconego nie teatrowi, tylko kosmosowi — skrupulatnie zilustrowanym rejestrem 415 komet, jakie widziano na niebie od biblijnego potopu do 1665 r. Poza informacjami, że badacze czerpią z niego informacje do tej pory, a autor ma swój imienny krater na Księżycu, o wartości inwestycyjnej bardziej wnioskujemy jednak po — wymiernej w tym przypadku — urodzie. Egzemplarz ładny to taki, który jest i dobrze zachowany, i na wysokim poziomie poligraficznym i artystycznym, a to już kwestie poddane jasnym regułom oceny ekspertów. „Teatr komet” jest wobec tego ładny, bo pozwalają na to jego niewielkie zabrudzenia czy otarcia, ale również fakt, że nie chodzi o jakiś suchy, ale naukowo przydatny spis zjawisk, bo do kunsztownych rycin map nieba zatrudniono aż sześciu znakomitych miedziorytników.

Mimo że na czwartkowej aukcji inwestowane będą w przewadze raczej niższe kwoty, tematyka astralna i tak może kojarzyć się na licytacjach druków drogo — takim rejestrowaniem gwiazd trudnił się przecież nawet pogrążony w liczbach biznesmen z „Małego Księcia”, a progi dla jego rękopisów bywają na zachodnim rynku chyba nawet bardziej kosmiczne niż ceny za wszystkie „Teatry komet” i wzloty narodowych wieszczów na jednym rachunku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Umberto Eco bije bony skarbowe na głowę