Najciekawsza wczorajsza wiadomość unijna nie została z Brukseli nadana, lecz tam nadeszła. Oto kilka godzin przed rozpoczęciem szczytu Rady Europejskiej królowa Elżbieta II podpisała traktat z Lizbony, zatwierdzony dzień wcześniej przez Izbę Lordów. Tak oto Zjednoczone Królestwo opowiedziało się — ale ustami rządzących — za traktatem w tydzień po jego odrzuceniu przez Irlandczyków. Dzięki temu premier Gordon Brown przywiózł nie gwóźdź do dobicia reformy UE, lecz miód na serca unijnej klasy politycznej. To zwrot zdumiewający, jako że 13 grudnia 2007 r. w klasztorze Hieronimitów w Lizbonie tenże Brown demonstracyjnie okazał głęboką rezerwę, podpisując traktat dopiero po zakończeniu gali i wyłączeniu kamer.
Taoiseach, czyli szef rządu Irlandii, Brian Cowen przyjechał za to ze spuszczoną głową, ale koledzy po fachu mu ją unieśli. Wielu z obecnych w Brukseli prezydentów i premierów zdaje sobie przecież sprawę, że gdyby przeprowadzili referendum u siebie, to stanęliby w szeregu z Cowenem. Francja i Holandia już tego doświadczyły z traktatem konstytucyjnym, a z lizbońskim nie byłoby inaczej. Dlatego Unia idzie na przeczekanie kryzysu i daje Irlandii czas, aby do roboczego szczytu w październiku przedstawiła jakieś propozycje. Według prawników, zmiany jawią się kwadraturą koła, ponieważ każde drgnięcie w tekście czy np. dodanie załącznika irlandzkiego automatycznie spowoduje konieczność podpisywania traktatu od nowa.
Szefowie państw i rządów zebrali się przy rondzie Schumana po południu, ale w Brukseli debatowali już wcześniej, tyle że w innych rolach. Tradycyjnie zebrały się grupy polityczne odpowiadające frakcjom w Parlamencie Europejskim. Donald Tusk uczestniczył w spotkaniu chadeków, ale jako przewodniczący Platformy Obywatelskiej. Notabene o tej części pobytu nie było nawet słóweczka, chociażby w formie postscriptum małymi literkami, w programie przekazanym mediom przez rządowe służby. W zamierzeniu miało to podkreślić ortodoksyjny rozdział spraw państwowych od partyjnych.
Spotkania grup politycznych są idealną okazją do zaistnienia na unijnym forum takich postaci, jak premier Julia Tymoszenko czy prezydent Micheil Saakaszwili. Osobiście potwierdzając aspiracje Ukrainy i Gruzji, wsparli inicjatywę wschodniego partnerstwa UE, zgłoszoną przez Donalda Tuska, a dzisiaj formalnie będącą już projektem polsko-szwedzkim. Tymoszenko i Saakaszwili na razie mają w UE taki status, jak polscy premierzy dziesięć lat temu — co najwyżej zjedzą wspólny obiad i potem wyjeżdżają. Rozmawiający z nimi szef unijnej dyplomacji Javier Solana bardzo mocno akcentował konieczność ustabilizowanie sytuacjipolitycznej. Niestety, nie jest to mocny punkt państw objętych projektem Tuska, ale bez wyciągnięcia unijnej ręki może być tylko słabszy.
Jacek Zalewski