W ostatnich tygodniach ten brudny rynek przyrasta jednak w postępie wręcz geometrycznym. Według szacunków Europolu, nawet 30 tys. osób może działać w dobrze zorganizowanych gangach przemytniczych, które pobierając kilka tysięcy euro od osoby organizują niebezpieczne przeprawy imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki do Europy. Skala tego procederu przekroczyła wyobraźnię oraz realne możliwości unijnej agencji policyjnej z siedzibą w Hadze, koordynującej obecnie aż 1,4 tys. śledztw w sprawie przemytu ludzi.
Gangi przemytnicze rozkręciły niewyobrażalny jeszcze niedawno popyt na ich usługi. Przeładowane pontony na Morzu Śródziemnym, a obecnie zdesperowane masy ludzkie wędrujące szlakami lądowymi nie wzięły się przecież znikąd. Imigrantów mobilizują wieści napływające od ich poprzedników, którym udało się przynajmniej nie zginąć. Jeszcze większe znaczenie ma jednak akcja rekrutacyjna naganiaczy, groszowo wynagradzanych przez prawdziwych gangsterów zarabiających miliony.
Nawet trudno się dziwić bezradności nie tylko Europolu, lecz także granicznej agencji Frontex z siedzibą w Warszawie. Wysokość gwałtownie przybierającej fali imigracyjnej zalewa cały projekt Unii Europejskiej, a już na pewno układ z Schengen. Niedawno wydawało się, że najcięższym dla wspólnoty egzaminem będzie utrzymanie Grecji w strefie euro, ale kwestia pomocy dla jednego państwa tak naprawdę sprowadza się do gigantycznej kreatywnej księgowości. Tymczasem napływ ludzi uciekających przed konfliktami zbrojnymi jest konkretem, wobec którego UE okazała się — jak w tytule.